I znowu wszędzie muszę słuchać o „cudzie nad Wisłą". Dość mam tego określenia, które pasuje najwyraźniej osobom takim jak Maryla, która stworzyła wpis o bitwie warszawskiej w tonie nabożnego podziwu nad „cudem". Gdy ośmieliłem się przeciwstawić powtarzaniu tego szkodliwego mitu, dowiedziałem się, że nie rozumiem, iż naród polski od wieków zawierza się Maryi.
Kto jest nowoczesnym patriotą musi rozumieć, że rozpływanie się nad rzekomym „cudem" oznacza utrwalanie - zwłaszcza w młodych! - przekonania, iż polskie najlepsze zwycięstwa (Grunwald, Wiedeń, Warszawa właśnie) dzieją się tylko cudem. Bez cudu możemy jedynie polec, za to w chwale.
Ja wierzę jednak, że Polaków stać po prostu na dobrą, rzetelną robotę i czasami żadnych cudów nie potrzebują, żeby wygrać. Kto sobie sam pomoże, temu i Pan Bóg pomoże.
Zresztą - co ja tu będę się wysilał. Niech to za mnie zrobi Stanisław Cat Mackiewicz w swojej „Historii Polski" (podkreślenia moje).
Słuszne jest, że na wodza naczelnego spada odpowiedzialność za klęskę, ale słuszne jest także, aby zwycięstwo dawało mu chwałę. Wojna Polski kończy się ową osiemnastą decydującą bitwą w dziejach świata, wielkim polskim zwycięstwem, które gotowe jest wzmocnić stanowisko polityczne Piłsudskiego.
Wtedy profesor Stroński rzuca hasło: cud nad Wisłą. Hasło, mimo że w Polsce się przyjęło, dla nas nader upokarzające. Dlaczegoż by to Polacy tylko cudem zwyciężyć mogli? Analogii pomiędzy bitwą nad Wieprzem i Wisłą a „cudem nad Marną" nie ma żadnej, bo nad Marną istotnie powinni byli wygrać Niemcy i tylko nadzwyczajnym zbiegiem okoliczności tak wielkie popełnili błędy, że bitwę, a z nią razem i całą wojnę, przegrali. Nazwa cudu była uzasadniona. My mieliśmy naprzeciw siebie tylko 177 000 bagnetów i szabel, wojska wycieńczonego, zmęczonego, posuwającego się po wrogim kraju. Nie umniejsza to nic ani wodzom, ani żołnierzowi, jeśli powiemy, że w sierpniu 1920 roku powinniśmy byli zwyciężyć. Żadnego cudu w tym nie było.
Rzucenie takiego hasła, jak „cud nad Wisłą", było majstersztykiem dziennikarstwa. Można się na tym uczyć wielkich dziennikarskich uderzeń, podsunięcia, zasugerowania narodowi pojęcia, przekonania, w które ten naród uwierzy;ta sugestia miała cel określony, całkiem inny i niezależny od bogobojno-podniosłego nastroju, który wyrazy „cud nad Wisłą" otacza. Rzucenie hasła „cudu nad Wisłą" w intencji zeskamotowania Piłsudskiemu politycznych owoców jego zwycięstwa, może nas pouczyć, w jak decydujący sposób prawdziwie utalentowany dziennikarz wpłynąć potrafi na bieg wypadków i postawę opinii publicznej.
Hasło „cudu" było pierwszą i najbardziej kurtuazyjną próbą odebrania Piłsudskiemu glorii zwycięstwa. Potem nastąpiło uporczywe twierdzenie, które szerzy ten sam profesor Stroński, że zwycięstwo przypisać należy dyrektywom generała Weyganda, że to on, a nie niedołężny, niefachowy Piłsudski był prawdziwym wodzem w tym zwycięstwie. Było to również niezgodne z prawdą historyczną. Generał Weygand sam oświadczył, że zwycięstwo należy zawdzięczać „generałom polskim". Nie powiedział jednak, że nie tylko nie miał nic wspólnego z opracowaniem planu bitwy nad Wisłą i Wieprzem, lecz że plan ten powstał wyraźnie wbrew jego wskazówkom i poglądom. Ale prawda historyczna nie grała tu większej roli. Stroński tak silnie wówczas trzymał w ręku cugle uczuć prawicowego społeczeństwa polskiego, że do obowiązków narodowych należało twierdzenie, iż to Francuz wygrał bitwę. Kto się ośmielał myśleć, że bitwę wygrał jednak Polak, podejrzewany był o brak uczuć narodowych.
Koncepcja wyjścia znad Wieprza powstała kiedyś w genialnym mózgu Prądzyńskiego w ostatniej fazie powstania listopadowego. Komu przypada zaszczyt jej odrestaurowania z tak znakomitym skutkiem? Wskazywano na szefa sztabu generała Rozwadowskiego. Piłsudski sobie przypisywał autorstwo koncepcji zwycięstwa i zdaje się, że miał rację. Gdyby tak jednak nie było, gdyby szef sztabu albo wydział operacyjny był autorem koncepcji, to przecież do wodza należała decyzja. W każdym więc razie należy uznać, że decyzja wodza była trafna, skoro nam dała zwycięstwo, skoro w ciągu dni kilku odwróciła bieg klęski na bieg zwycięstwa. Nie zwyciężył bolszewików ani Kołczak, ani Wrangel, ani Denikin, ani Miller, ani Judenicz. Nie zwyciężyli ich angielscy i francuscy generałowie, którzy ze swymi wojskami przyjeżdżali białym armiom na pomoc. Zwyciężyli ich jednak Polacy i Piłsudski.
Nic dodać, nic ująć. Tekst polecam wszystkim, którzy na skrzydłach XIX-wiecznego romantyzmu wciąż ulatują w mesjanistyczne rejony.


Komentarze
Pokaż komentarze (66)