Referowanie tutaj tego długiego wywiadu nie ma sensu. Każdy może sobie kliknąć w link i przeczytać samemu.
JMR jest bez wątpienia radykałem, może nawet jakobinem. W tym znaczeniu, że sensu upatruje w samym ruchu, w zdecydowaniu, w spełnieniu, a nie w trwaniu, umiarkowaniu, rozsądku. Końcowy efekt jest chyba dla niego mniej istotny niż sam czyn. Wie to każdy, kto zna jego pisanie i kto przeczytał „Wieszanie". Nie chodziło w tej książce przecież o to, że gdyby podczas insurekcji powieszono więcej zdrajców, w tym króla, albo gdyby powieszono kogo innego niż powieszono, to w wyniku jakiegoś konkretnego związku przyczynowo-skutkowego z Polską nie stałoby się to, co się stało. Chodziło o to, że powieszenie króla byłoby swoistą inwestycją w przyszłość, zmieniając sposób myślenia narodu o sobie i ośmielając go do ważkich czynów w przyszłości. Teza kontrowersyjna, do której słuszności wcale nie jestem przekonany, ale pokazuje, że opinie JMR trzeba odczytywać na poziomie nie politycznym, ale metapolitycznym.
I tak należy rozumieć to, co w wywiadzie mówi o Jarosławie Kaczyńskim: że wszystko, co robi premier, jest dobre dla Polski, bo Jarosław Kaczyński ugryzł w dupę żubra, który dla JMR dobrze symbolizuje uśpioną Polskę, i ten żubr się obudził; a także porównania JK z Piłsudskim. Tych opinii nie da się skwitować tradycyjnymi połajankami pod adresem lidera PiS a la Stefan Niesiołowski, bo one po prostu są wymierzone w o wiele niższy poziom pojęciowy.
Jestem od początku krytykiem sposobu myślenia o państwie, jaki prezentuje Jarosław Kaczyński, jednak nigdy nie miałem wątpliwości, że na poziomie metapolitycznym wizja JK jest spójna - co oczywiście nie znaczy, że trzeba się z nią zgadzać. Przeczytawszy rozmowę z JMR pomyślałem, że Kaczyński jest dziś prawdopodobnie jedynym polskim politykiem, mającym taką spójną wizję. Nie ma niestety nikogo, kto potrafiłby mu przeciwstawić równie koherentny i wizjonerski wariant alternatywny.
Tej wizji oczywiście już od dawna nie widać zza wszystkich tych drobnych politycznych konieczności, przed którymi PiS od dwóch lat kapituluje - i to jest, moim zdaniem, poważny problem, także ze sposobem patrzenia Rymkiewicza na rzeczywistość. JMR patrzy bowiem z tak wysokiego poziomu, że być może nie dostrzega pojawiających się niżej przeszkód, mogących w ostatecznym rozrachunku wpłynąć na ten syntetyczny, strategiczny, historyczny rezultat rozbudzenia Polski, o którym mówi. I to jest mój pierwszy problem z tezami JMR. Poza tym mam jeszcze dwa.
Pierwszy dotyczy wykształciuchów. Rymkiewicz bardzo dobrze definiuje tę grupę, ale - moim zdaniem - zbyt szeroko określa jej zasięg i błędnie wskazuje, jakie powinno być w Polsce ich miejsce. Tu trzeba jednak zacytować:
Pytanie, co zrobimy teraz z wykształciuchami? Oni tutaj są i nic na to nie poradzimy, bo w kraju muszą być inżynierowie, lekarze, prawnicy oraz profesorowie różnych specjalności, nawet literaci, choć w ograniczonej ilości, są potrzebni. Tych peerelowskich zawodowców trzeba traktować tak, jak na to zasługują, czyli pilnować, żeby za bardzo nie szkodzili Polsce. Mogą nawet przemawiać, coś mówić, ale trzeba im wtedy przypominać, że zostali wyprodukowani przez PRL, są amoralnym dziełem totalitaryzmu, i wobec tego ich poglądy mogą być brane pod uwagę tylko w bardzo ograniczonym stopniu.
W innym miejscu opisuje tę grupę JMR jako cyniczną i egoistyczną. Rzecz w tym, że w jego definicji mieszczą się nie tylko ludzie „wyprodukowani przez PRL", ale także ci, którzy zaczęli dorosłe życie w latach 90. Mieści się w tych kategoriach cała spora klasa wielkomiejskich krawaciarzy, o których kiedyś toczyłem tu w Salonie spór ze zwolennikami PiS. Myślę o ludziach, którzy stanowią zaczątek klasy średniej, ale na razie są współczesnym odpowiednikiem peerelowskich roboli, tyle że zamiast w waciakach, chadzają w szarych garniaczkach. JMR ich z całą pewnością nie lubi - i ja także za nimi nie przepadam, choć wtedy ich broniłem. A broniłem ich, bo sądzę, że nie można się na nich wypiąć, jak to proponuje zrobić Rymkiewicz. Abstrahując od tej części wykształciuchów, którzy - także z powodów lustracyjnych, o czym JMR nadzwyczaj ciekawie mówi - będą zawsze stać na tej samej pozycji, nowe wykształciuchy to, chcemy czy nie, ta siła, która musi stanowić nasz atut. Nie podzielam wiary JMR w „zwykłego człowieka" - po prostu dlatego, że bardziej niż Rymkiewicza obchodzą mnie kwestie z niższego poziomu analizy, takie choćby jak ekonomiczna siła danej klasy ludzi czy jej zapatrywania społeczne, skutkujące preferencją dla tego czy innego modelu socjalnego. A to z kolei przekłada się na sytuację gospodarczą kraju.
Więc tu się z JMR zdecydowanie nie zgadzam. Raz, że trzeba wykształciuchów „starych" zdecydowanie oddzielić od „nowych". Dwa, że ma rację JMR, że ich cynizm i egoizm to cechy zabójcze dla państwa. Tylko że zepchnięcie ich na margines nic nie da. „Lud" nie jest wcale mniej egoistyczny - o czym już JMR w ogóle nie mówi, a w innych swoich wypowiedziach wydaje się widzieć ów „lud" jako siłę, zdolną do całkowicie nieegoistycznych porywów (z czym problem jest taki, że może ma to miejsce w chwilach ekstremalnych, ale my w takiej chwili dziś nie żyjemy - z czym zapewne JMR by się akurat nie zgodził) - a na dodatek nie ma się czym dzielić. Rzecz w tym, aby sprawić, żeby „nowe" wykształciuchy pojęły za jakiś czas, że dzielić się trzeba, żeby poczuły się związane z krajem i państwem. Tego się na zrobić przymusem. Dla mnie wzorem jest droga amerykańska: dzielenie się wynika nie z nakazów i siły administracji, ale z tego, że w warunkach wolności i swobody ludzie nagromadzili dość, żeby się dzielić. Patriotyzm, społeczny altruizm, szacunek dla państwa nigdy nie zostaną wpojone urzędowo. „Silne państwo" będzie mieć wręcz przeciwny skutek. Tu potrzeba więcej wolności i swobody. Do altruizmu, do spojrzenia szerszego niż ograniczone drzwiami biurowca, gdzie pracuje wykształciuch, trzeba dochodzić poprzez jego egoizm. To może potrwać - nawet kilkadziesiąt lat, ale to jedyna droga. JMR rozumuje w tym punkcie inaczej - zgodnie w radykalnym duchem całej swojej twórczości.
Druga sprawa, gdzie dziwię się Rymkiewiczowi, to jego diagnoza stanu ducha Polaków. JMR opowiada, że gdy wyjedzie się poza Warszawę, widać wielką radość życia, wielki entuzjazm, dumę i zadowolenie. Być może moje spojrzenie jest spaczone - faktycznie, większość czasu siedzę w Warszawie - ale nastroju, o którym mówi Rymkiewicz, jakoś w ogóle nie dostrzegam. Szkoda, że Asia Lichocka nie wypytała poety o tę sprawę.
Polacy w ogóle są narodem, w którego charakterze takie radowanie się raczej nie leży. Owszem, zwolennicy tej czy innej partii - także oczywiście PiS - mogą się cieszyć, że rządzi ich kandydat, mogą być w bojowym nastroju, ale JMR mówi, rzecz jasna, o czymś znacznie głębszym niż powierzchownych nastrojach, związanych z sytuacją polityczną. Mówi o głębokiej wewnętrznej dumie i radości, rozbudzonych w ciągu ostatnich dwóch lat. I to wydaje mi się, by użyć słynnego neologizmu Wańkowicza, zwykłym chciejstwem.
Czy premier faktycznie ugryzł żubra w tyłek i co z tego dla nas wszystkich wynika - nie podejmuję się rozważać, bo temat jest zbyt poważny na nocny wpis w blogu. Myślę tylko, że można kontestować sposób robienia polityki przez Kaczyńskiego i jego wizję Polski, ale warto czasem spojrzeć na to z większej perspektywy, z wyższego poziomu - z poziomu tarasu w Milanówku, gdzie odbywała się rozmowa. Dopiero wtedy lepiej widać, o co toczy się gra.


Komentarze
Pokaż komentarze (113)