Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
496 obserwujących
711 notek
4051k odsłon
  142   0

Szaleństwo HGW

„Gazeta Stołeczna" pisze o planach reorganizacji ruchu w Warszawie podczas budowy drugiej linii metra. Z grubsza plany te sprowadzają się do tego, że cała stolica stanie. Rozważane jest bowiem zamknięcie centrum lub znacznej jego części dla ruchu samochodowego. Zresztą już same ograniczenia związane bezpośrednio z budową metra wystarczyłyby do urządzenia miastu kompletnego paraliżu.

Swego czasu, przed wyborami parlamentarnymi, PiS wyprodukował całkiem niezły spot z przesłaniem: „Warszawa stanęła. Platforma rządzi w stolicy". To, co wówczas PiS punktował, było betką w porównaniu z szaleństwem, ku któremu zmierza obecnie HGW.

Na samą myśl o rozwiązaniach, jakie na czas budowy - a ma to być kilka lat! - proponują światli miejscy urzędnicy, otwiera się w kieszeni nóż. Oto po raz kolejny słucham bzdur o „uprzywilejowaniu transportu miejskiego". Otóż uprzywilejowanie transportu miejskiego ma sens i nie nosi cech grania mieszkańcom na nosie tylko wówczas, gdy ten transport miejski jest na poziomie londyńskiego lub choćby paryskiego, to znaczy gdy istnieje rozbudowana sieć metra i kolei miejskich, autobusy i tramwaje (jeśli są) są bezpieczne, wygodne i punktualne oraz jest ich dużo, a do tego istnieje spójny i sprawny system informacji o połączeniach, kursach, czasie oczekiwania itd. No i jeden miejski bilet na wszystkie środki transportu za rozsądną cenę.

W Warszawie poza jedną linią metra nie ma cywilizowanego transportu publicznego. Symbolem wagi, jaką przywiązuje się do komfortu pasażerów, są nieklimatyzowane autobusy i tramwaje z mikrookienkami, gdzie latem temperatura dochodzi do 40 stopni. Do dziś nie wiadomo, jaki to debil w ratuszu odpowiadał za ich zakup. A pamiętam jeszcze kretyńskie tłumaczenia ówczesnych władz, że rozmiar okienek jest spowodowany „normami europejskimi". Symbolem bezpieczeństwa są linie nocne, gdzie można stracić zdrowie lub życie, albo linie w centrum, szczególnie chętnie nawiedzane przez kieszonkowców. Symbolem punktualności i nowoczesności są tablice, pokazujące czas do przyjazdu poszczególnych tramwajów, uruchomione raptem na kilkunastu przystankach i to z wielomiesięcznym opóźnieniem. I tak dalej, i tym podobne.

Namawianie mieszkańców, żeby w tej sytuacji przesiedli się masowo do transportu miejskiego, jest przejawem rzadkiej bezczelności. Uznawanie zaś, że drastyczne ograniczenia ruchu samochodowego w centrum na rzecz tak działającego transportu miejskiego to początek rewolucji w komunikacji, to budowanie domu od komina zamiast od fundamentów.

Skandalem jest zresztą już sama koncepcja budowy drugiej nitki metra. Po pierwsze - metodą maksymalnie inwazyjną, czyli odkrywkową. Po drugie - nie etapami, żeby nie zamykać od razu całego miasta, ale naraz. W cywilizowanym świecie ratusz dokonałby rachunku kosztów i zysków. Prawda, że metoda odkrywkowa jest tańsza, ale po stronie strat urzędnicy musieliby uwzględnić stracony czas mieszkańców (co daje się przeliczyć na pieniądze), bardzo realne straty dla sektora usług (te, jakie ponieśli usługodawcy przy skandalicznie przebudowywanym Krakowskim Przedmieściu to nic w porównaniu z tym, co może się dziać w całym centrum, gdyby koncepcja HGW była realizowana) oraz odszkodowania, jakie w kraju o normalnym systemie prawnym miasto musiałoby wypłacać wszystkim, których by ów paraliż wymiernie dotknął. Idę o zakład, że wówczas metoda tarczowa, czyli podziemna, znacznie mniej inwazyjna, okazałaby się w sumie tańsza.

Wygląda jednak na to, że urzędnicy z ratusza bujają gdzieś w obłokach i słabo kontaktują z rzeczywistością. Dowodziłoby tego, że wśród ich genialnych pomysłów pojawił się i taki, aby wprowadzić opłaty za wjazd do centrum. Pomijając już to, że ów pomysł jest sam w sobie w polskich i warszawskich warunkach skandaliczny, to jeszcze jest całkowicie nierealny. Nie postawi się przecież przy każdej prowadzącej do centrum ulicy rogatki i szlabanu. Trzeba by zainwestować w system podobny do londyńskiego, a to raz, że kosztowałoby co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych, to jeszcze wymagałoby przetargu, lat przygotowań i miesięcy prób. Tymczasem koniec świata w Warszawie ma nadejść latem przyszłego roku.

Jedyna nadzieja, że HGW przestraszy się politycznych kosztów swojego szaleństwa. A jeśli nie ona sama, to że powstrzyma ją rozumiejący to zapewne lepiej Donald Tusk - z czystego, oczywiście wyrachowania. Zakładam, że sympatie polityczne znalazłaby się jednak na dalszym planie, gdyby setkom tysięcy warszawian stanęła przed oczami wizja kompletnego paraliżu miasta.

Wybory samorządowe już w 2010 roku. Można założyć, że roboty nad drugą linią metra nie zaczną się jednak w przyszłym roku, bo u nas nic nie zaczyna się w zaplanowanym terminie. Rozpoczynanie ich zaś w roku wyborczym oznaczałoby pewną klęskę. Pod warunkiem, rzecz jasna, że konkurenci potrafiliby wykorzystać nieodpowiedzialne zamiary HGW w swojej kampanii. Oby.

Lubię to! Skomentuj60 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale