456 obserwujących
693 notki
3912k odsłon
4115 odsłon

Pijani kierowcy, trzeźwi populiści

Wykop Skomentuj73

I tu wkraczamy w dziedzinę prewencji ogólnej i szczególnej. Kierowca, który traci uprawnienia z powodu jazdy po alkoholu lub – co gorsza – spowodowania w takim stanie wypadku i mimo to wsiada z kółko, powinien być traktowany jako potencjalne zagrożenie dla społeczeństwa. Powinien pójść siedzieć w takim samym stopniu dla wymierzenia mu kary jak dla ochronienia przed nim ludzi.

Jest tylko jeden problem: trzeba najpierw kogoś takiego schwytać. Z tym policja ma ogromny problem. Sądowy zakaz prowadzenia pojazdów jest w Polsce niemal niemożliwy do wyegzekwowania i to tym przede wszystkim powinni się zająć politycy. No, ale to jest problem znacznie trudniejszy, niż napędzanie sobie głosów licytacją na coraz wyższe kary. Oczywiście istnieją techniczne możliwości. Jest przecież system nadzoru elektronicznego, który można by wykorzystać także w tym celu po odpowiednich modyfikacjach. To jednak – powtarzam – wymaga myślenia systemowego, którego polityczni populiści nie znoszą.

Tak dochodzimy do kwestii karania czysto już prewencyjnego, czyli do kierowców, prowadzących pod wpływem alkoholu lub w stanie po spożyciu alkoholu (od 0,2 do 0,5 promila). I tu sprawa robi się najmniej oczywista. Po pierwsze dlatego, że normy są bardzo uznaniowe. W wielu krajach pół promila to zawartość alkoholu, po której można legalnie usiąść za kierownicą (Andora, Bułgaria, Finlandia, Łotwa, Niemcy i inne). W Irlandii i części Wielkiej Brytanii jest to nawet 0,8 promila!

W Polsce policja zatrzymuje prawo jazdy osobom, które jadą na kacu, mając pomiędzy 0,2 a 0,5 promila (są więc w stanie „po spożyciu”).  We wspomnianych krajach kierowcy ci nie mieliby żadnych problemów. Jednocześnie skutki bycia „wczorajszym”, ale w pełni przytomnym i w fazie, gdy organizm dotrawia spożyty alkohol, wydają się mniej groźne niż skutki poważnego zmęczenia w długiej trasie. Ale za zmęczenie policja nikogo nie zatrzymuje.

Nie jest zatem prawdą, że groźna jest sama zawartość alkoholu, przynajmniej w pewnych granicach. Najwyraźniej grają rolę inne czynniki, o którychś z jakiś powodów populistyczni politycy, policja i zawodowi działacze antyalkoholowi nie chcą wspominać.

Histerii sprzyja też to, że pomija się fakt, iż pijani kierowcy powodują relatywnie niewielki odsetek wypadków – pomiędzy zaledwie 7 a 8 proc. – a liczba schwytanych pijanych kierowców systematycznie spada, choć kontrole są częstsze. Znacznie poważniejszym problemem wydają się pijani piesi za miastem.

Mylą się lub celowo kłamią politycy, którzy twierdzą, że konfiskata auta i inne drastyczne posunięcia cokolwiek zmienią. Przede wszystkim dlatego, że twardzi alkoholicy, którzy mimo to siadają za kółko i którzy stwarzają największe zagrożenie, nie myślą już racjonalnie. Żaden z nich nie będzie rozważał konsekwencji swojego działania. Z kolei w przypadku tych okazjonalnych i mniej pijanych konfiskata auta jest karą drastycznie nieadekwatną do przewinienia, zwłaszcza gdy nie skutkuje ono żadnym zdarzeniem drogowym. Jestem jej również przeciwny w przypadku najcięższych wypadków – chyba że samochód mógłby być uznany za narzędzie przestępstwa, co oznaczałoby jego przepadek, a co jest możliwe na gruncie obecnego kk i żadne nowe ustawy nie są tu potrzebne.

W ogóle z wszelkiego rodzaju sekwestrami i konfiskatami byłbym bardzo ostrożny, bo to kary siłą rzeczy uderzające także w najbliższych sprawcy, którzy mogą być całkowicie niewinni, i ogromnie trudne do wyegzekwowania. Co z autami służbowymi? Co z tymi w leasingu? Co ze współwłasnością? SP stwierdza, że sprawca będzie miał zapłacić równowartość. Jak? Siedząc w więzieniu? Czy może jego dług będzie miał szansę obciążyć całą rodzinę? To czysto populistyczny absurd.

Nie wierzę w żadne kampanie społeczne, których jedynym sensem jest zasilenie zaprzyjaźnionej firmy reklamowej publiczną kasą, a skutki są całkowicie niemierzalne. I zapewne zerowe.

Cóż zatem robić?

Po pierwsze – jak już wspomniałem, opracować skuteczny sposób pilnowania, aby osoby z orzeczonym sądowym zakazem prowadzenia pojazdów faktycznie ich nie prowadziły. Są środki techniczne, ale musiałby się także zmienić sposób działania policji i jej mentalność. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach policja jest w stanie zwracać na takie osoby szczególną uwagę i powinna to robić rutynowo.

Po drugie – znów: zmienić sposób działania policji. Obywatel, który chce dać znać o pijanym kierowcy, ma mieć pewność, że jego zgłoszenie zostanie błyskawicznie przyjęte, a patrol pojawi się nie po godzinie, ale po paru minutach. Jeśli jakakolwiek kampania społeczna mogłaby miejsc sens, to właśnie taka: poparte stanem faktycznym przekonywanie obywateli, że w tej sprawie policja jest ich sprzymierzeńcem.

Po trzecie – jeśli orzecznictwo w sprawie recydywistów lub osób schwytanych na prowadzeniu pojazdu mimo orzeczonego zakazu sądowego pozostaje zbyt łagodne, komisja kodyfikacyjna i następnie posłowie powinni pomyśleć o zmianie prawa w taki sposób, aby wymusić na sądach orzekanie wyższych kar.

Po czwarte – prawnicy powszechnie skrytykowali pomysł wprowadzenia jakiejś formy współodpowiedzialności trzeźwych pasażerów za ewentualne skutki jazdy pijanego kierowcy. To byłaby faktycznie konstrukcja bardzo trudna z prawnego punktu widzenia, jednak – na moje laickie oko – nie niemożliwa do stworzenia. Tu jednak się nie upieram, bo dałaby też ogromne pole do nadużyć.

Na koniec zaś – należy zachować zimną głowę. Pijani kierowcy to temat równie atrakcyjny co sprzedawcy dopalaczy albo pedofile, ale to nie oni są największym zagrożenie i niebezpieczeństwem na polskich drogach, o czym łatwo się przekonać, czytając statystyki wypadków. Nie dajmy się zwariować. 

Wykop Skomentuj73
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale