Blog
Jest super, więc o co mi chodzi?
Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha publicysta
456 obserwujących 693 notki 3872185 odsłon
Łukasz Warzecha, 21 lutego 2014 r.

„Resortowe dzieci” - książka słaba, ale potrzebna

 „Resortowe dzieci” to książka bardzo potrzebna, przełamująca – jak pisało już wielu komentatorów i recenzentów – niepisane tabu. Tym przykrzejsze, że jest to książka, niestety, słaba, a miejscami wręcz żenująco słaba.

Wiem – szum wokół „Resortowych dzieci” już przeminął, ale czuję się w obowiązku umieścić tutaj swoje uwagi, bo zobowiązałem się do tego już jakiś czas temu. Mam też cichą nadzieję, że może autorzy – choć łatwo było im popaść w samozadowolenie w związku z imponującą sprzedażą książki i jej niewątpliwym sukcesem – wezmą pod uwagę również uzasadnioną krytykę i unikną błędów w przyszłości, podczas tworzenia zapowiadanych kolejnych elementów cyklu.

Zacznijmy jednak od plusów. Fundamentalni krytycy „Resortowych dzieci” wielokrotnie powtarzali, że książka powstała w oparciu o skandaliczne i absurdalne założenie, że dzieci odpowiadają za rodziców. Pomijam fakt, że zapewne wielu z nich książki w ogóle nie czytało, bo gdyby ją przeczytali, wiedzieliby, że takie rodzinne historie stanowią tylko część opisanych przypadków – zapewne około połowy. Do tego jeszcze wrócimy. Ale najpierw trzeba unieść brwi ze zdziwienia. Nikt tu przecież nigdy nie mówił o jakiejś pokoleniowej odpowiedzialności. Takie myślenie jest charakterystyczne dla totalitarnych reżimów, które za karę lubią wyrzynać dysydentom rodziny, od dziadków począwszy, na wnukach skończywszy.

Pytanie jest całkiem inne: czy istnieje przełożenie między sposobem patrzenia na świat, na Polskę, na własne obowiązki – a rodzinnym domem i wartościami, w jakich byliśmy wychowywani. Odpowiedź jest oczywista: tak, istnieje takie przełożenie i zaprzeczanie temu jest absurdalne. Z tym że nie oznacza to absolutnie, że dzieci zawsze muszą iść w ślady rodziców. Reakcje na przekazywane w domu wartości bywają różne. Czasem jest to właśnie akceptacja i kierowanie się podobnymi zasadami we własnym życiu, czasem jest to czasowe odrzucenie, a potem stopniowy powrót w kierunku, wyznaczonym przez rodzinny dom (znamienny przykład niektórych osób ze środowiska „Gazety Wyborczej”), czasem zaś jest to całkowite i trwałe odrzucenie.

Drugi mechanizm, którego istnieniu wydają się zaprzeczać krytycy książki, to reprodukcja elit. Zjawisko socjologicznie dobrze opracowane i opisane, sprawiające, że w określonych punktach społecznej struktury – np. właśnie w mediach, w klasie politycznej, w dużym biznesie itp. – wraz ze zmianą pokoleń albo po prostu dołączaniem nowych ludzi, nie następuje często oczekiwana zmiana mentalności, systemu wartości – jakiekolwiek odświeżenie. Elita niby się zmienia, bo pojawia się nowa krew, ale to są osoby, które albo już wcześniej wyznawały podobny system wartości jak dotychczasowi członkowie danej grupy, albo ewentualnie błyskawicznie go przyjmują. Kwestionowanie istnienia tego mechanizmu również nie ma sensu.

Wreszcie trzecia rzecz, która się autorom raczej udała, to warstwa czystych faktów. Nawet osoby dobrze poinformowane i interesujące się życiem publicznym mogły nie wiedzieć o niektórych opisanych zależnościach, powinowactwach, losach. Bardzo często powtarza się ten sam schemat: rodzice – przedwojenni kapepowcy żydowskiego pochodzenia, dzieci – błyskotliwa kariera w peerelowskich mediach, a nierzadko i później. Zbyt wiele jest takich historii, opisanych w „Resortowych dzieciach”, aby uznać, że to nie pewna reguła, ale dzieło przypadku.

Mamy zatem, podsumowując, trzy dziedziny, w których książka Kani, Targalskiego i Marosza przedstawia mogłaby przedstawiać sporą wartość: fakty, dotyczące licznych osób publicznych, mechanizm wynoszenia wartości z domu oraz mechanizm reprodukcji elit.

Problem w tym, że „Resortowym dzieciom” trudno coś zarzucić jedynie w tej pierwszej sferze, bo w większości przypadków autorzy opierają się po prostu na dokumentach i nie ma mowy o konfabulacji. Niestety, w pozostałych dwóch sferach jest znacznie gorzej.

Jedna z moich podstawowych uwag jest taka, że „Resortowe dzieci” miały pokazać wspomniane mechanizmy, ale zawiodły. Czytelnik musi się ich jedynie domyślać lub czynić po prostu własne założenia. Schemat wygląda zatem tak: informacja o życiorysie rodziców, informacja o życiorysie dzieci, nic w środku. Kania, Targalski i Marosz nie potrafią przekonująco – ba, nawet tego nie próbują – wskazać, jak przebiega przejmowanie poglądów od rodziców lub ewentualnie wyzwalanie się z nich. Podobnie zresztą jak nie potrafią ukazać mechanizmu reprodukcji elit, który znów trzeba sobie samemu dopowiadać. Wiemy zatem, że dana osoba pochodzi z rodziny o tradycjach kapepowskich, że rodzice pracowali w resorcie bezpieczeństwa lub byli ważnymi osobami w mediach PRL, że ona sama ma na koncie współpracę z peerelowskimi służbami, a mimo to zrobiła karierę w mediach III RP. Tyle że nie dowiemy się, jak to przebiegło i dlaczego do tego doszło.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Jak się siedzi na barykadzie, to się najwięcej obrywa.
Na moim blogu ja decyduję, których komentujących nie chcę tu widzieć.
Site Meter

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Pani Janino Polecam Pani mój tekst. Proszę sobie odpowiedzieć na te pytania:...
  • @Autor No, to jest doprawdy zabawne. Napisałem o nowej "F" dwa teksty. W każdym podałem wiele...
  • @VITUS Przyznam, że nie rozumiem Pana tłumaczenia. "Redaktor Warzecha wykłada nową wersję...

Tematy w dziale