24 obserwujących
1142 notki
612k odsłon
  162   0

Skokowy sezon 2020/21 w pigułce (2)

Skoki narciarskie są bezprzecznie sportem indywidualnym i żadne, robione na siłę i nie wiadomo po co, liczne konkursy drużynowe tego nie zmienią. Takie zawody, owszem, powinny mieć miejsce, ale tylko i wyłącznie na imprezach mistrzowskich.
Natomiast kiedy się sezon skończy, to to jest dobra pora do rozliczania nie tylko zawodników, ale również trenerów. A co najlepiej świadczy o szkoleniowcu jak nie zwycięstwo w Pucharze Narodów? Klasyfikacji rozumianej przede wszystkim jako suma punktów zdobytych przez, wszystkich bez wyjątku, skoczków danego kraju i porównanie tego wyniku do wyników rywali. Niestety. Tam się wlicza również rezultaty konkursów drużynowych, co irytowałoby znacznie mniej, gdyby ich zatrzęsienie też było znacznie mniejsze. W dodatku, jak wskazują choćby tegoroczne wyniki PN, wyniki konkursów drużynowych zupełnie nie oddają układu sił poszczególnych teamów. Czyli są zbędne.
Dowód teraz na powyższe przeprowadzę. Najwięcej punktów w konkursach drużynowych zdobyli Austriacy. Dość wyraźnie, o 150 oczek, wyprzedzili Norwegów, potem Niemców, następnie Polaków, w końcu Japończyków i jeszcze bardziej Słoweńców. Planktonu pod uwagę nie biorę. Puchar Narodów natomiast zdobyli, w cuglach resztą, Norwegowie. Za nimi siedemset punktów z tyłu Polska, potem czterystupunktowa przerwa i Niemcy, następnie Rów Mariański na 800 oczek i dopiero Austria. Po trzystu kolejnych Słoweńcy, a dopiero za nimi, ale w niewielkiej odległości, Japonia. Ktoś powie: „No dobrze. Ale konkursy drużynowe mają swoją specyfikę, a ponadto to przekładają się potem na wyniki drużynowe na imprezach mistrzowskich”. Guzik prawda! W zakończonym przed chwilą sezonie były dwie imprezy mistrzowskie. MŚwL w Planicy i MŚ w Oberstdorfie.  Na pierwszej wygrała Norwegia przed Niemcami i Polską. Na drugiej zwyciężyli Niemcy przed Austriakami, którzy minimalnie pokonali Polaków. A Norwegia skończyła szósta! Więc jakie przełożenie na imprezę mistrzowską mają te konkursy śródsezonowe? No i jeszcze jedno. Ale jak ważne! Odliczmy te punkty z konkursów drużynowych od punktacji PN. Co się okazuje? Że klasyfikacja na koniec sezonu nie zmieni się ani na jotę. No to po co się w to bawić, skoro to nie ma żadnego znaczenia?
Nikt mnie nie przekona co do tego, że, oprócz imprez mistrzowskich należy rozgrywać choć jedne zawody drużynowe w sezonie. Już abstrahując od tego, że w tym samym czasie możnaby rozgrywać konkurs indywidualny, który raz, że wzbudza dużo większe zainteresowanie i emocje wśród widzów i dwa, że jest, sam w sobie, 10 razy bardziej interesujący.
Szkoleniowców powinno się oczywiście rozliczać z tego jak zaprezentowali się ich podopieczni. Ale czy do tego nie wystarczą konkursy indywidualne? Tym bardziej, że byłoby ich wtedy o kilka więcej i nawet kasa by się zgadzała. Zgadzała by się nawet lepiej, bo znacznie więcej ludzi przyjdzie. To taki przekaz dla tych, którzy tylko przez ten pryzmat patrzą. A zawody drużynowe, na zasadzie urozmaicenia/wisienki na torcie i uhonorowania imprez mistrzowskich tylko i wyłącznie tam! Co by zresztą działało na ich korzyść, bo by powodowało, ze wszyscy by je wreszcie zaczęli poważnie traktować.
Odbiegłem nieco od tematu, a miało być o rywalizacji trenerów w kontekście punktów ich wszystkich podopiecznych. Czyli o tym jaka nacja, generalnie, bez rozbijania na personalia (o tym będą przecież inne odcinki), najwięcej w minionym sezonie ugrała.
Wydawałoby się oczywistym, że do miana zwycięzcy sezonu powinni pretendować dwaj szkoleniowcy z Austrii. Trener Norwegów Alexander Stoeckl i aktualny coach Niemców Stefan Horngacher. I, jak dla mnie, pretendują. Który winniśmy posadzić na miejscu najwyższym?
Parafrazując trenera Górskiego: waga jest dokładna, a szalki są dwie. No to liczmy. Konkursu mieszanego na MŚ pod uwagę nie biorę, bo na to miały wpływ również „czynniki” trzecie. Norwegia: Kryształowa Kula, Puchar Narodów, drużynowe złoto MŚwL, indywidualne srebro MŚwL, indywidualne srebro MŚ, 13 wygranych konkursów PŚ i 25 podiów w tych zawodach. Z pomniejszych: pierwsze dwa miejsca w Willingen Six. Niemcy: indywidualne złoto i brąz MŚwL, drużynowe srebro MŚwL, indywidualne srebro i brąz MŚ, drużynowe złoto MŚ, 5 pucharowych zwycięstw i 17 podiów PŚ, drugie miejsce w T4S. Z pomniejszych: trzecie miejsce w Willingen Four, pierwsze i trzecie miejsce w Planica Four.
Gdyby człowiek Horngachera wygrał w Oberstdorfie na obu skoczniach, albo przynajmniej na jednej, to bym się może zastanawiał, choć gigantyczna różnica punktów wywalczonych przez obie reprezentacje w PŚ również wtedy kazałaby się nie wygłupiać. Ale takiego dylematu nie ma, bo Niemcy nie wygrali u siebie na MŚ żadnego indywidualnego konkursu i to, oprócz rzecz jasna wymienionych wyżej aktywów norweskich, definitywnie i bezapelacyjnie, moim zdaniem, przeważa szalę na korzyść Stoeckla i jego podopiecznych.
Trzeba też zauważyć jedno i to wynika jasno z klasyfikacji generalnej. Stoecklowi PN wygrali liderzy, ale miał też zdecydowanie lepsze do układania prawie wszystkie klocki. Jednym słowem lepszą, bardziej wyrównaną i dużo bardziej regularną drużynę. Porównajmy. Granerud wygrał z Eisenbichlerem o punktów prawie 400, Johansson z Geigerem o sześćdziesiąt, Lindvik dołożył Paschkemu kolejne 100, czwarty w norweskim teamie Tande czwartemu Niemcowi Hamannowi ponad 300 (a gdyby nie tragedia w Planicy to byłoby z pewnością jeszcze więcej), a piąty Forfang piątemu Freundowi prawie 180. O czym tu gadać? Dopiero szósty Niemiec, Schmid, nazbierał więcej punktów od szóstego Norwega, Eriksena, ale już siódmy Norweg Haare, znów był lepszy od siódmego Niemca Freitaga, którego punkty zresztą miały wartość co najwyżej symboliczną. Horngacher zastosował u Niemców tę samą strategię, co w Polsce. Przyniosła ona, generalnie, medale i frukty, ale jest niebezpieczna dla przyszłości skoków narciarskich w tym kraju. Austriak w jeszcze krótszym czasie niż w Polsce doprowadził do regresu niemieckiego zaplecza. I tym różni się całkowicie od Stoeckla, który od 10-ciu lat prowadzi Norwegów i, czego by mu nie zarzucić, to na pewno nie tego, że generował tego typu problemy.
Jak na tym tle wypadli Polacy, a co za tym idzie trener Doleżal? Weekend w Planicy bardzo psuje ogólne wrażenie, ale było tej zimy naprawdę przyzwoicie. Jeśli nie całkiem dobrze. A gdyby nie strach przed wyjazdem najlepszych do Rosji, który akurat całkowicie rozumiem, to te ich pozycje, szczególnie Żyły i Kubackiego mogły być jeszcze wyższe. No ale nie byłoby wtedy szóstych miejsc Zniszczoła i Wąska, co powoduje, że myślę, że nie warta byłaby skórka wyprawki. Doleżal ze swoim teamem pewnie zajął drugie miejsce w Pucharze Narodów i równie pewnie zdobył dwa medale drużynowe na imprezach mistrzowskich. Jeden jego podopieczny skończył sezon trzeci w generalce, wygrał T4S i odniósł trzy pucharowe zwycięstwa, a osiem razy stanął na pucharowym podium. Drugi został mistrzem świata i dorzucił 5 pudeł PŚ. Trzeci zwyciężył w prestiżowym konkursie w Ga-Pa i też 5 razy zapudłował, a na deser dorzucił podium T4S. Czterech innych Polaków zanotowało najlepsze sezony w karierze, z tego dwóch najlepsze zdecydowanie. A kolejny, ósmy już, choć miał już w karierze jeden lepszy sezon niż w tym roku, to powrócił tej zimy, i to pewnie, do czołowej 30-tki skoczków PŚ. Mamy 3-ch skoczków w najlepszej 10-tce, czterech w 20-tce i 5-ciu w 30-tce sezonu. A, na dokładkę, szósty Polak jest w generalce 31-szy. Owszem, to nie my dyktowaliśmy w tym roku peletonowi tempo. Ale, po pierwsze, byliśmy mocno widoczni i, po drugie, w stosunku do wcześniejszego sezonu to większość naszych, włącznie ze Stochem i Żyłą, zanotowała  spory pucharowy postęp. A na imprezach  i turniejach głównych, jako nacja, nie oddaliśmy pola ani o metr. Jedyne o co się można do trenera czepiać to słabiutka końcówka sezonu. Pewnie gdyby sezon był normalny byłoby to jeszcze bardziej odczuwalne. Dlatego w przyszłym roku trzeba inaczej rozłożyć akcenty. Ale tym będziemy się martwić prze sezonem kolejnym. Na razie wypada mi skonstatować, że trener Doleżal zrobił tej zimy więcej niż się po nim spodziewałem. Co nie znaczy, że ma osiąść na laurach. Przyszła zima, Panie Trenerze, je velmi dulezita! I nikt nie będzie się z Panem pieścił, jeśli nie będzie obfitować w znaczące sukcesy. To tak, jakby trener miał wątpliwości.
Ocena pracy trenera Austriaków jest bardzo trudna z jednego powodu. Na początku zimy rozjechał ich COVID. I to rzuciło cień na ich postawę przez cały sezon.  Tak czy inaczej, mimo złota Krafta w Obersdorfie (które zresztą nie było chyba osiągnięte w sposób najbardziej zgodny z przepisami, na co oczywiście nie mam w tej chwili dowodów) i srebra drużyny, ani oni, ani trener Widhoelzl, sezonu najlepiej wspominać nie będą. No bo jak się cieszyć z tego, że najwyżej klasyfikowany z Austriaków ukończył zimę poza czołową 10-tką? Albo, że ich wielkiego lidera nie było na koniec sezonu nawet w 15-tce generalki? Tudzież z tego, że żaden z podopiecznych 18-krotnego zwycięzcy pucharowych zawodów nie wygrał w tym sezonie konkursu, a zaledwie w trzech przypadkach stanęli oni na konkursowym podium? Widhoelzl i tak ma szczęście, że nie nazywa się Kuttin. Jakby się tak nazywał to, bez względu na okoliczności tych wyników, by z posady wyleciał. Tak czy siak, musi się mieć na baczności. Podejrzewam, że drugiego takiego sezonu nikt w Austrii mu już nie podaruje. Ale też podejrzewam, że drugiego takiego sezonu w wykonaniu Austriaków w najbliższych latach nie będzie. Bo jak będzie, to… sodomia i gomoria:).
Wielki ferment miał miejsce tej zimy u Słoweńców. I, jak się wydaje, coś się z tego dzięki temu wykluło. Mimo, że ten, który ferment zasiał, Timi Zajc znaczy, dobrze na tym nie wyszedł. Natomiast wyszła na nim dobrze Słowenia i nowy szkoleniowiec tej reprezentacji, Robert Hrgota. Jak ktoś gościa nie zna, to podpowiem, że jako skoczek znacznie gorszy oczywiście i od Widhoelzla, i od Horngachera, i nawet od Doleżala. Za to ponad dwukrotnie lepszy od Stoeckla. Przynajmniej jak chodzi o punkty w PŚ. Słoweńcy, którzy początek sezonu mieli słabiutki, a na MŚwL u siebie wypadli wręcz jak przez okno (nie zdobyli na nich medalu w drużynie, a w konkursie indywidualnym żadnego z nich nie było nawet w 10-tce, a ledwie jeden Lanisek w 20-tce), od momentu zmiany głównego trenera zaczęli skakać znacznie lepiej. Sezon skończyli meldując się w pięciu w czołowej 30-tce generalki. Nawet w 25-tce, pisząc precyzyjnie. I z Laniskiem w 10-tce. Myślę, że wynik nie najgorszy zważywszy, że przed Engelbergiem ich strata do czwartych Austriaków była już prawie taka sama jak na koniec sezonu. Czyli od zmiany trenera, przez trzy miesiące, utrzymywali tempo jednego z potentatów. A gdyby odliczyć konkursy drużynowe i brać pod uwagę tylko zawody indywidualne, to skoczkowie z byłej Jugosławii byli w tym okresie od Austriaków zwyczajnie lepsi. Niestety, pozwoliło im to tylko wyjść w PN na miejsce piąte przed Japończyków.
Z Japończykami i oceną pracy ich trenera mam pewien kłopot. Z jednej strony dopiero szóste miejsce w cyrku. Ale sezon w wykonaniu ich lidera bardzo dobry, a końcówka wręcz rewelacyjna. Był, licząc od  początku lutego, najlepszy z wszystkich.  Tyle, że trenera rozlicza się za całość. Jeśli za całość, to nie sposób zauważyć, że mimo usadowienia się na dobre w, nie za ścisłej co prawda, czołówce Sato Małego i niemałych postępów Sato Dużego oraz pewnych pozytywnych sygnałów płynących pod koniec sezonu od Nakamury, no to jak chodzi o zaplecze  - bryndza. Coraz bledszy drugi z Kobajaszich, a o reszcie trudno wręcz, w poważnych kategoriach, rozprawiać. No, ale może to wina koronawirusa i tego, że Japonia nie leży w Europie. Jedno jest pewne. Ponieważ, w przeciwieństwie do Polaków, Samuraje były w najlepszej formie pod koniec sezonu, to zostawiły po sobie  po sezonie, jako drużyna, znacznie lepsze wrażenie niż by na to wskazywały rzeczywiste wyniki. To tak jak z temperaturą rzeczywistą i odczuwalną. Przy czym następnej zimy może się okazać, że bliżej prawdy była ta odczuwalna. Ale się wcale nie upieram.
Parę ciepłych słów należałoby napisać o Rosjanach. Coś tam wreszcie drgnęło. Klimow przestał być sam jak palec. Mało. Przestał być liderem. Wpływ na to miał z pewnością jego zatarg z federacją i nieobecność w paru konkursach, ale to nie zmienia faktu, że mają Rosjanie w końcu, pierwszy raz od sezonu 2012/13, naraz dwóch skoczków, którzy potrafią wyskakać w jednym sezonie ponad sto punktów. Ponadto pojawiło się paru młodych, obiecujących zawodników, z których jeden zdobył nawet raz punkty. Moim zdaniem już w przyszłym roku będą, być może, w stanie wystawić zespół, który na igrzyskach będzie skakał w serii finałowej. A nie będzie w nim ani Wasiliewa (jego zresztą i tak by być nie mogło), ani Korniłowa, ani innych pomniejszych zgranych kart, których nazwisk przy tych dwóch, ze względu na nieporównywalnie mniejsze zasługi, wymieniać zwyczajnie nie wypada. Pod jednym warunkiem ten finał. Że Klimow dogada się z federacją. Nie wiem dokładnie o co chodzi, ale jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi. W końcu w skokach narciarskich wieku XXI-go, dla Rosjanina 9-te miejsce na MŚ to jak dla Polaka, Austriaka czy Niemca medal. A jego pewnie za Planicę odpowiednio nie doceniono, i się chłop żachnął. A działacze, nie tylko w Rosji,  nie lubią jak zawodnicy podskakują. I takie to może być źródło konfliktu.
Szwajcarzy przystąpili do sezonu bez lidera, który w lecie zerwał więzadła. Trudno się więc dziwić, że mieli problem skompletować nawet czwórkę do brydża. Tam nikt zresztą skoków nie traktuje poważnie. Owszem, cieszą się ze spadających z nieba sukcesów, ale pieniędzy na to dalej nie łożą. I dlatego 40-letni Ammann, mimo słabiuteńkiej formy przez cały sezon (oprócz jednego weekendu, ale wtedy chyba dostał jakieś „sole trzeźwiące” na kształt tych z SLC), mógł przez okrągłą zimę reprezentować Helwetów w PŚ. Trudno nazwać to światłem w ciemnym szwajcarskim tunelu, ale na plus na pewno zaliczyć można powrót do żywych Deschwandena, dla którego okazał się to najlepszy sezon w karierze.
Można powiedzieć, że wreszcie przyniosły jakieś efekty wysiłki Bine Norcica, trenera wspólnej reprezentacji USA i Kanady. W tym sensie, że Mackenzie Boyd –Clowes zanotował najlepszy sezon w karierze, a drugi z Kanadyjczyków i jeden z Amerykanów po raz pierwszy w życiu w PŚ zapunktowali. Tylko co z tego? Jak głosi wieść, skoków w Kanadzie za trzy lata nie będzie w ogóle. W Stanach, być może, będą. Tylko że perspektyw żadnych, nawet na kogoś o klasie Boyda, tam nie widać.
Dalej mocno kuleje Finlandia. Pojawił się niby drugi jako tako punktujący, ale jak się Finowie zamierzają odradzać w tym tempie, to jest szansa na to, że w czołówce znajdą się jeszcze w tym wieku. Finlandia to oczywisty dowód na to, że w obecnym sporcie dużo ważniejsze od myśli trenerskiej czy szkoleniowej są pieniądze. Nikt mi nie powie, że w Finlandii nie ma dobrych trenerów. Nawet teraz, kiedy od kilku lat nie są potęgą. Przecież ci wszyscy szkoleniowcy sprzed dekady nie powymierali niczym, swego czasu, dinozaury. Pozostały skocznie, pozostał śnieg, pozostał sprzęt. Więc? Nie ma chętnych na sponsorowanie. No to nie ma chętnych do skakania. That’s the point.
Jeszcze chwila i żaden z Finów nie będzie lepszy niż … wychowany na ich skoczniach i myśli trenerskiej Estończyk Artti Aigro. Wyraźne postępy, jakie poczynił w minionym sezonie, każą widzieć w nim kandydata do czołowej 30-tki klasyfikacji generalnej w sezonie przyszłym. Jeśli skala tegorocznego przyspieszenia zostanie przezeń utrzymana w roku następnym, to będzie tak na pewno.
Stanął zupełnie w miejscu Bułgar Władimir Zograwski. Nie ma się co dziwić. On jest od nadawania Pucharowi kolorytu, a nie od kolekcjonowania triumfów. Miał kiedyś na pewno duży talent, był w końcu mistrzem świata juniorów, ale nigdy praktycznie nie miał porządnego trenera, a nie każdy jest aż taki zdolny jak Kamil Stoch, który zanim trafił w kadrze na Horngachera, spędził w niej 10 lat.
Pozostały do omówienia takie nacje jak Włochy, Francja, Czechy, Ukraina, Kazachstan czy Rumunia. Czyli skokowy plankton, choć to pojęcie winno być obecnie znacznie szersze i obejmować również wspomniane wyżej USA, Kanadę, Bułgarię, Estonię i, niestety, Finlandię. I tak rozumianemu planktonowi poświęcę przedostatni odcinek cyklu. W tym odcinku Włosi i reprezentanci pozostałych krajów wymienionych w pierwszym zdaniu tego akapitu, nie mogą na mnie liczyć. Za mało dokonali.
Zniknęła praktycznie ze skokowej mapy Korea. Koreańczycy nie wzięli udziału w żadnym z 25-ciu pucharowych zawodów. Ich trzeci najbardziej punktodajny w historii, i jeden z ostatnich dwóch czynnych, którzy liznęli w jakikolwiek sposób Puchar Świata, skoczek (z tą „punktodajnością” to dałem do pieca, bo w sumie było ich wszystkich w jego wydaniu 14), jak gdzieś przeczytałem, zakończył karierę. Pozostał im jeden ponad 40-letni matuzalem i… Bóg wie co. Nieliczna rodzina skoków pomniejszyła się praktycznie o kolejną nację.
C.d.n.

Lubię to! Skomentuj11 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Sport