Za chwilę ruszy kolejna edycja śmiesznego cyklu zwanego Letnią Grand Prix. Dla mnie jest o tyle ważna, że będzie się testowało nowy sposób oceniania skoku i, jeśli się to “przyjmie” (cokolwiek to słowo znaczy), stanie się podstawą do ocen skoków w zawodach mistrzowskich w zimie, co już mnie znacznie bardziej obchodzi. Jestem bowiem zapamiętałym kibicem skoków narciarskich. Tych klasycznych oczywiście, a nie jakichś ich zielonych ersatzów. Ale to osobny temat.
No więc do rzeczy. Pan Walter Hofer, wg mnie szwarc charakter i zły duch tej dyscypliny sportu, pełniący od wielu lat (co stanowi, uważam, ogromną stratę dla skoków narciarskich jako takich) obowiązki dyrektora Pucharu Świata, wychodząc naprzeciw żądaniom sponsorów, którym z oczywistych powodów nie pasi wydłużanie w nieskończoność transmisji telewizyjnych z powodu jakiegoś tam wiatru (to jest dość zrozumiałe) postanowił rozwiązać problem. I to jest też zrozumiałe. Co więcej, chwalebne.
To, co w/w osobnik wymyślił w przedmiotowej sprawie chwalebnym już jednak nazwać trudno. Hofer i jego pretorianie wmawiają bowiem sobie (mniej) i innym (bardziej), że rozwiążą problem z pomocą matematyki. Skoczkowie, w zależności od warunków na skoczni, mają skakać z różnych belek, a różne wysokości rozbiegu (wpływ na prędkość na progu) oraz różne prędkości i kierunek wiatru (bezpośredni wpływ na odległość skoku) mają być rekompensowane przez handicapy wypływające z wzorów wymyślonych przez zatrudnionych przez FIS (czytaj Hofera i s-kę) matematyków. Brawo!
Uważam, że taki wzór jest możliwy do wymyślenia. Prace nad nim mogą trwać niedługo. Jeśli się ich czas porówna z wiecznością. Ale jeśli takie wzory wymyślane są ad hock, na zasadzie zwołania pospolitego ruszenia, nawet dobrych matematyków, a nie wiem czy Hofer spełnił ten warunek, to to jest nic innego jak ordynarna próba zawłaszczenia wynikami zawodów. Ponadto pan Hofer powinien wiedzieć, ze bardziej od matematyków są tu potrzebni fizycy, a o ich udziale w tworzeniu “nowej historii światowych skoków” nie słyszałem. Wzór, który widziałem, jest zresztą tak prosty, wręcz prymitywny, że na pierwszy rzut oka widać, że nie rozwiąże naprawdę żadnych problemów oprócz problemu dobrego samopoczucia pomysłodawców. Przyjdzie czas na rozwinięcie tematu wzoru i jego elementów. Przy okazji konkursów. Dziś nie będę pisał o tym, ze pomiar, żeby być traktowany jako rzetelny i reprezentatywny, musiałby być dokonywany praktycznie wzdłuż całej skoczni i ile by to wszystko musiało kosztować, i że z tego powodu rzetelne pomiary odbywać się nie będą. Że dla różnych zawodników skrócenie bądź wydłużenie rozbiegu ma diametralnie różne znaczenie. To jest elementarium, nad którym Hofer zdaje się przechodzić do porządku dziennego. Ale o tym kiedy indziej.
Jest następny aspekt sprawy. Przecież to będzie zupełnie nieczytelne dla przeciętnego kibica. Jak jest zawodowa walka bokserska i ktoś da komuś w mordę tak, że ten leży bez ruchu przez 10 s to nawet debil skuma kto tu wygrał. Do tej pory w skokach też było jasne, że jak ktoś skoczy dalej od drugiego 2 razy po 5 m to nie ma siły, żeby z tym drugim przegrał. Chyba, że się 2 razy wyłożył. A teraz, w majestacie prawa, na podstawie decyzji jury, za każdym razem może w takiej sytuacji przegrać. To ma być czytelny i transparentny sport?
Wynik tego eksperymentu dla każdego, kto liznął choć trochę tego sportu i nie ogląda go od wielkiego dzwonu, jest łatwy do przewidzenia. To znaczy byłby, gdyby założyć, że intencje skokowych decydentów są czyste. Gdyby jednak założyć odwrotnie, tzn. że nie są, to możnaby pomyśleć, że narciarskiej wierchowce, a może jeszcze komuś innemu, znudziło się już tylko asystować przy konkursach, organizować je, spisywać wyniki i je archiwizować oraz zwijać z powyższych tytułów niemożebną kasę. Możnaby, idąc dalej, dojść do wniosku, że ktoś chce bezpośrednio wpływać na wyniki każdych zawodów tak dobierając parametry skoków (przecież i tak nikt oprócz kilku osób, a te można w końcu dobrać, nie sprawdzi czy podane do publicznej wiadomości parametry były faktycznie takie), żeby przy pomocy różnych współczynników spowodować, że skaczący krócej i gorzej, ale za to “właściwy i na właściwym miejscu” skoczek znalazł się wyżej od zawodnika nie namaszczonego do zwycięstw. W największym skrócie pisząc. Ale tak, oczywiście, mogą myśleć tylko wyznawcy teorii spiskowych, oszołomy i ludzie nie rozumiejący postępowania w zgodzie z duchem nowych wyzwań i czasów i faktów (prasowych). Czyli ludzie, których sposób myślenia zatrzymał się na jakichś prymitywnych wierzeniach i wartościach.
Osobiście jeśli ten nowo proponowany sposób wyliczania okaże się sprawiedliwy gotów jestem przejść na kolanach drogę może nie do Canossy, ale do Zakopanego i tam, czekając na klęczkach nie 3 dni, ale 3 miesiące, w przededniu zimowego konkursu PŚ złożyć hołd Walterowi I Wielkiemu. Mam tylko nadzieję, że to nie sama grupa trzymających władzę (w skokach) będzie o tym rozstrzygać.
Próby zmian w skokach narciarskich, te mające na celu redukcję wpływu wiatru czy opadu muszą być czynione. Ale na pewno nie powinny iść one w kierunku zaproponowanym przez Hofera. Jego propozycje zabija ten piękny sport. Przynajmniej w tym kształcie w którym ja go poznałem i pokochałem. Dlatego piszę. Panie Hofer. Jestem przeciw, a nawet przeciw!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)