Holendrzy mieli swojego Cruijffa. Argentyńczycy Alfredo di Stefano. Dla Węgrów wielkim zawsze będzie Ferenc Puskas, a Niemcy po wsze czasy będą sławic Beckenbauera.
Różnica między wyżej wymienionymi a Kazimierzen Deyną jest taka, że we własnym kraju cieszyli się nieustannym poważaniem u kibiców. Sobie współczesnych i ich dzieci. Deyna miał przeciw sobie trzy czwarte piłkarskiego kraju. Tylko dlatego, że był z Legii. A przecież cesarz Franz, mimo że reprezentował znienawidzony w całych Niemczech Bayern, przez całą karierę odbierał zasłużone owacje. Dlaczego? Bo zasłużył się dla Niemiec. Deyna niemniej zasłużył się dla Polski, ale mógł na stadionach oczekiwac tylko gwizdów. Nawet w dniu, kiedy osobiście, w pojedynkę, wywalczył Polsce awans do argentyńskiego Mundialu. Schodzącego z boiska Stadionu Śląskiego strzelca, zdobytej notabene z rzutu rożnego i dającej nam przepustkę do Buenos Aires, bramki żegnały totalne gwizdy. Gwizdy, których ja, rodowity Hanys, do tej pory swoim krajanom nie mogę zapomniec.
Zbigniew Boniek niewątpliwie osiągnął w piłce nożnej znacznie więcej. Wygrywając z Juventusem w PEMK i PEZP stał się najbardziej utytułowanym polskim piłkarzem. Miał poza tym ogromny talent i umiejętności. Jednakże kiedy po latach, z dużej perspektywy czasowej, przychodzi mi wskazac najlepszego w historii polskiego piłkarza to nie targają mną żadne wątpliwości. Najlepszym polskim futbolistą był, bez dwóch zdań, Kazimierz Deyna.
Jutro minie 20 lat od dnia jego tragicznej śmierci…


Komentarze
Pokaż komentarze (6)