“Zawiadamiam bez jakiegokolwiek, a co dopiero głębokiego, żalu że dnia 9 września odszedł był od nas - mam nadzieję, na zawsze -pełniący obowiązki trenera narodowej (ponoć) reprezentacji w piłce zszarganej, Latający Między Polską a Rotterdamem Holender, Leo Vel Haker. Uroczystości żałobne, mając na względzie dokonania odchodzącego, zastępuje się modłami dziękczynnymi”.
Myślę, że gdyby “na mieście” pojawiła się tej treści klepsydra (w niektórych częściach kraju nazywają to nekrologiem) to możnaby było znaleźć dla jej twórców zrozumienie. Ja osobiście nawet bym się z lekka uśmiechnął.
Leo Beenhakker na pewno nie był najgorszym w historii trenerem reprezentacji biało-czerwonych. Ma bilans lepszy od wielu swoich poprzedników. Ma też osiągnięcie, jakiego przed nim nie miał nikt. Doprowadził Polskę do finałów mistrzostw Europy. Reprezentacja pod jego rządami dwukrotnie ograła zespół z pierwszej 10-tki rankingu FIFA. ....
Nabrałem powietrza w płuca, żeby jednym tchem wymienić dalsze sukcesy Holendra i... okazało się, że więcej ich nie ma. No to pozostańmy przy tych wymienionych. Awans do finałów najważniejszego turnieju 4-lecia w Europie wtedy, gdy w finałach startuje aż 16 zespołów to jednak zupełnie coś innego niż awans do takich zawodów w roku 1976 gdzie w Belgradzie wystąpiły bodaj 4 drużyny. A Polska przegrała wtedy grupę z Holandią o, jak to mówi jeden mój znajomy, pici włos. W ogóle z tak licznym gronem finalistów ME mieliśmy do czynienia w historii po raz pierwszy. Więc tak naprawdę wartość tego sukcesu zweryfikuje dopiero kilka następnych eliminacji. Tym bardziej, że jak powinni pamiętać wszyscy nie chorujący na Alzheimera, gra w samych finałów była w naszym wykonaniu żenująca. Bilans. 22-13-12. Faktycznie niezły, ale też wcale nie najlepszy. I sprawa ważna. Z kim myśmy to się przez te ostatnie lata spotykali? W meczach towarzyskich, oprócz jednego chyba spotkania z Czechami i z odcinającymi kupony od mistrzowskiego tytułu sprzed 5 lat Grekami – sami kelnerzy. Jak nie graliśmy ze słabeuszem, to od razu odbijało się to na rezultacie. No i te zwycięstwa z możnymi. Z Portugalią owszem, nie powiem. Wielki, moim zdaniem, sukces. Ale z Czechami wygraliśmy, kiedy tych dopadło akurat apogeum kryzysu. Co ma zresztą odbicie w tabeli naszej grupy eliminacyjnej. Jeszcze większe leszcze ogrywały w ostatnim czasie Czechów. To znaczy, odnośnie tych leszczy, wydawałoby się większe.
To tyle o aktywach i związanych z nimi wątpliwościach. Teraz pasywa. Beenhakker nie poprawił na jotę stylu drużyny. Raczej zdecydowanie pogorszył. Za Janasa potrafiliśmy zagrać naprawdę widowiskowo. Nie żebyśmy robili za Argentynę albo Brazylię, ale były dni, że rozgrywaliśmy rzeczywiście ładne spotkania. Strzelaliśmy dużo bramek. Również w meczach z dobrymi zespołami. Dopiero jak się Gburek zaczął słuchać przed MŚ różnych cwaniaczków to i on, i polscy piłkarze przestali prezentować jakikolwiek styl. Za Beenhakkera zagraliśmy jedno doskonałe spotkanie. I po parę- paręnaście minut w trzech innych.
Sprawa kolejna. Kilka razy było, przynajmniej dla mnie, dość widoczne, że forma zawodników, którzy przyjechali na zgrupowanie kadry z każdym dniem takiego zgrupowania miast iść w górę – słabnie. Piłkarze (wtedy jeszcze zdarzało im się występować w zachodnich klubach w pierwszych składach) przyjeżdżali po udanych meczach ligowych, a reprezentacja po kilku treningach odstawiała lipę. To ja się pytam: czego to dowodzi?
Prawie na koniec rzecz może nie najważniejsza, ale jednak. Nie można, szczególnie jak nie ma po temu powodów, uważać się za lepszego od wszystkich dookoła. A takie wrażenie, szczególnie od czasu jak paru gości zaczęło uważać go za zbawiciela polskiej piłki, sprawiał Leo Beenhakker.
Rzecz ostatnia. Fakty dotyczące eliminacji przyszłorocznych MŚ. Polacy zdobyli w dwumeczach z Irlandią i Słowenią po punkcie. Irlandia jest w światowym rankingu trzydziesta pierwsza, a Słowenia pięćdziesiąta czwarta Przed eliminacjami zajmowały chyba jeszcze niższe lokaty. O porażce ze Słowacja już nie wspomnę. W końcu jest na eksponowanym, czterdziestym piątym miejscu przedmiotowego rankingu.
To ja się pytam. Za co Holendrowi dziękować? Bo Piechniczka obraził? Zakładając, że Rosjanie, w ramach udowadniania jak to Polakom dobrze żyje się w stanie wojennym, nie podłożyli się Polakom w Hiszpanii, należy jednoznacznie stwierdzić, że dokonania Piechniczka (trenerskie mam na myśli, żeby mi tu kto z obecną działalnością nie wyskoczył) są zdecydowanie większe. Więc tu też nie za bardzo można być po stronie Holendra.
Miał to szczęście, że jawił się kibicom jako ten, który walczy z PZPN. A on nie walczył. Co najwyżej się bronił. A jak walczył to głównie o swoje. Efekty jego pracy skłaniają do stwierdzenia, że dobro polskiej piłki nożnej, mimo składanych deklaracji, znacznie mniej go interesowało.
.....
Więc gdybym taki nekrolog zobaczył na mieście to bym się, jak wspomniałem, uśmiechnął. Przez łzy. Gorzkie łzy. Bardzo gorzkie. Bo ja ze trzy lata wstecz faktycznie naiwnie myślałem, ze będzie motorem przemian w polskiej piłce i symbolem skutecznej walki ze skorumpowanym do cna PZPN-em.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)