I pomyśleć, że gdyby nie wyjątkowa złośliwość Hofera, Kamil Stoch doszlusowałby do Fina już siedem lat temu…
Zacznijmy od początku, bo nie wszyscy muszą to wiedzieć. Co to jest skokowy Wielki Szlem i dlaczego to taki wyjątkowy wyczyn? Otóż. W skokach, jak w każdym sporcie, są osiągnięcia, które ceni się znacznie bardziej od innych. Tych najbardziej cenionych kategorii jest pięć. Wymieńmy po kolei, przy czym nie przywiązywałbym aż takiej wagi do kolejności, bo i tak, żeby tę skokową „Koronę Himalajów” zaliczyć, trzeba osiągnąć triumf w każdej z tych kategorii. Na wspomnianego Wielkiego Szlema składają się: indywidualne mistrzostwo olimpijskie, indywidualne mistrzostwo świata, indywidualne mistrzostwo świata w lotach, zdobycie Kryształowej Kuli, czyli Pucharu Świata za sezon oraz zwycięstwo którejś z edycji Turnieju 4 Skoczni.
Zdobywając wczoraj olimpijskie złoto na dużej skoczni Domen Prevc skompletował był właśnie przedmiotowego Wielkiego Szlema. To znaczy tak. Formalnie niby jeszcze nie, bo Kryształową Kulę oficjalnie zdobędzie dopiero za miesiąc, na koniec sezonu. Natomiast jest faktem niezaprzeczalnym, że nikt nie jest już w stanie mu drogi do tego tytułu skutecznie zagrodzić. Jego przewaga jest tak ogromna (grubo ponad 600 pkt na 10 konkursów przed końcem sezonu), że samo myślenie o tym, że następni w szeregu Kobajaszi czy Nikaido mogą go w klasyfikacji generalnej jeszcze wyprzedzić, zakrawa na czynność wyjątkowo irracjonalną. To jest naprawdę niemożliwe, choć czysta matematyka wskazuje, że jeszcze owszem.
Jedynym dotąd skoczkiem w historii, który mógł się zdobyciem Wielkiego Szlema pochwalić był oczywiście niekwestionowany Król, a jednocześnie nieznośne dziecko tego sportu, czyli Matti Nykaenen. Jednak nawet on nie skompletował tych wszystkich pięciu laurów w tak rekordowo krótkim czasie. Młodszemu Prevcovi zajmie to bowiem, mam na myśli czas od pierwszej szlemowej lewy do ostatniej, ledwie 13 miesięcy. Rok temu, 8. marca konkretnie, zdobył w Trondheim mistrzostwo świata. Półtora miesiąca wstecz, 6 stycznia, wygrał tegoroczną edycję T4S. Niecałe trzy tygodnie później został w Oberstdorfie mistrzem świata w lotach. Wczoraj stanął na najwyższym podium konkursu olimpijskiego. No i na koniec marca odbierze Kryształową Kulę. Wszystko, podkreślam, w NIECAŁE 13 MIESIĘCY!
Wracając do poruszonego wyżej wątku Kamila. Polak ma, jak duża cześć z Państwa się orientuje (wymieniam oczywiście tylko te sukcesy potrzebne do skompletowania WS), 3 mistrzostwa olimpijskie, mistrzostwo świata, dwie KK i trzy triumfy w T4S. Nie ma mistrzostwa świata w lotach. Ma wicemistrzostwo. Miałby mistrzostwo, ale pan Hofer, nie chcąc, żeby go miał i widząc, że prowadzący po trzech seriach skoków Tande ledwo zipie i na pewno straci prowadzenie na rzecz fantastycznie skaczącego w drugim dniu zawodów Polaka, zarządził przerwanie zawodów po trzech seriach i ogłosił mistrzem świata Norwega. Takie tam kolejny smaczek do kolekcji z życia tego, nie skalanego niczym, sportu.
A Domen? W ciągu jednego sezonu z brzydkiego kaczątka nie potrafiącego się wyzwolić spod wpływu przemożnego starszego brata, stał się niedoścignionym wzorem dla całej rodziny. Choć nie wiadomo czy młodsza siostra go kiedyś nie dogoni. Na razie nie może, bo nie ma jeszcze damskiego T4S i MŚwL. No i mistrzynią olimpijską na razie nie jest. Za to mistrzynią świata owszem. I pucharowych zwycięstw ma znacznie więcej od Domena. Od Petera zresztą też.
A w ogóle to rodzina Prevców stawała dotąd łącznie na podium PŚ (tzn. trzech braci i siostra) równo 150 razy (50 Nika, 62 Peter, 37 Domen i raz Cene), z czego wygrali aż 79 (35, 24 i 20).
Ciekawe czy jak siadają do Wigilii, to mają inny temat niż skoki?




Komentarze
Pokaż komentarze (11)