HareM HareM
66
BLOG

Kamil II Wielki powiesił narty na kołku (2)

HareM HareM Sport Obserwuj notkę 0
Pomiędzy sezonami 2007/08 i 2010/11

Zima 2007/08, w porównaniu z poprzednią, była dla wszystkich naszych skoczków, szczególnie dla Małysza, dużym krokiem wstecz. Dla wszystkich, ale dla Kamila Stocha akurat nie. A jeśli, to był to krok na pewno znacznie mniejszy od kolegów. Na koniec sezonu utrzymał pozycję w stadzie, przy minimalnie mniejszych zdobyczach punktowych (157). Stoch punkty zdobywał 14-krotnie. Najwięcej w Predazzo, gdzie był 6. i 19.. Punktował więc ciut częściej niż rok wcześniej, za to były to jednak, nie licząc konkursu w Dolomitach, miejsca słabsze. Generalnie, mimo że w jego przypadku, mówienie o regresie byłoby nadużyciem, tamten sezon nie przybliżył go na pewno do ścisłej czołówki. Raczej od niej oddalił. Również w lotach, czego dowodem MŚ, w których, drugi raz z rzędu, wylądował poza czołową 30-tką.

Podobnie było w roku następnym. Znów 30 lokata w klasyfikacji generalnej i znów mniejsza liczba punktów w stosunku do roku poprzedniego (146). Do Planicy wyglądało to zresztą znacznie gorzej. Finałowe konkursy sezonu i dwa miejsca w 10-tce (konkretnie 10. i 8.) sprawiły, że można mówić o jako takiej „stabilizacji”. Choć ja bym dryfował słownie bardziej w stronę „małej stagnacji”. Humory (i zawodnikowi, i kibicom) na pewno poprawiły MŚ w Libercu, gdzie na małej skoczni Polak zajął miejsce tuż za podium (na większym obiekcie było już dużo słabiej i skończyło się to 24. pozycją), ale nie na tyle, by wpadać w jakiś nadmierny optymizm. Nie było bardzo widocznego postępu, a Stoch pomalutku tracił w peletonie status oseska. Miał już bowiem w tym momencie 22 lata i oczekiwano od niego trochę więcej.

Sezon 2009/10 to początek marszu Kamila w górę. Przy czym w tamtym akurat sezonie ten marsz był jeszcze bardzo powolny. Zauważalny, ale powolny. Trochę więcej pucharowych punktów niż w latach poprzednich (203), ciut znaczniejsze lokaty w poszczególnych konkursach i trochę wyższa pozycja na koniec sezonu w wyścigu o Kryształową Kulę (24). Na głównej imprezie sezonu, czyli na igrzyskach w Vancouver, poszło Kamilowi średnio na jeża. Słabiutko na skoczni małej (27) i znacznie lepiej, choć nie rewelacyjnie, na większej (14). Poprawił też Polak znacząco swój bilans jak chodzi o MŚwL, bo po raz pierwszy uczestniczył w nich w pełnym wymiarze, czyli do ostatniej serii, zajmując ostatecznie 16. lokatę. Było więc generalnie lepiej, ale wciąż znacznie słabiej od oczekiwań i nadziei, jakie ze skoczkiem wiązano.

I nastał sezon 2010/11. Sezon WIELKIEGO PRZEŁOMU. Zdarzyły się w nim bowiem, z punktu widzenia kariery Kamila Stocha, rzeczy wielkie. Po pierwsze wygrał wreszcie konkurs Pucharu Świata. I to nie jeden, a od razu trzy (oprócz wymienionych nieco niżej, zwyciężył też w Klingenthal). Po drugie aż 10-krotnie kończył zawody w czołowej 10-tce. Do tamtej pory jego rekord w tym zakresie wynosił 3. Słownie: trzy. W ciągu sezonu zdobył 739 punktów, co w stosunku do najlepszej dotąd pod tym względem, poprzedniej, zimy stanowiło ponad 350% normy. Pstrowski, normalnie. To wszystko przełożyło się na to, że po raz pierwszy w karierze, Kamil Stoch wylądował w TOP-10 klasyfikacji generalnej PŚ. Notując wynik o 14 pozycji lepszy od najlepszego do tej pory. Tylko raz w całym sezonie, w dodatku w bardzo loteryjnych zawodach w Kuusamo, Polaka nie było w drugiej serii konkursowej. Kiedy zdobywał punkty, to tylko 3-krotnie nie zmieścił się w czołowej 20-tce.

Do tego dochodzi bajeczna symbolika. W Zakopanem, po zwycięstwie Małysza w pierwszym z trzech konkursów, które w tamtym sezonie odbyły się w tym mieście, w trzecim Adam upada, co zresztą wyklucza go z kilku następnych zawodów, a Stoch wchodzi w jego buty i wygrywa te, notabene swoje pierwsze w karierze, zawody rekompensując kibicom smutek z powodu kłopotów starego mistrza. I druga, kultowa wręcz, sytuacja. Na koniec sezonu, w Planicy, w ostatnim swoim konkursie w karierze, Małysz zajmuje miejsce na podium i wchodząc na nie przekazuje berło/pałeczkę Stochowi, który ten konkurs wygrał. Niesamowite wydarzenie, niesamowita sceneria.

Na imprezie głównej sezonu, MŚ w Oslo, Stoch aż tak wielkiej furory nie zrobił, ale swoje pazury pokazał. Był szósty na mniejszym z obiektów. Na większym był bardzo wysoko po pierwszej serii, z niespełna punktem straty do medalu, ale zawalił serię finałową. W rezultacie wylądował dopiero na miejscu 19. To oczywiście nie może w niczym zmienić opinii, że zima 2010/11 to był dla bohatera tego tekstu wielki kop w górę. Kop, który znamiennie wpłynął na jego całą dalszą karierę.

c.d.n.

HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Sport