Od Guardioli i Ancelottiego razem wziętych to chyba nie, bo oni, do kupy, uzbierali jednak aż 8 mistrzowskich pater za klubowe mistrzostwo Europy. Włoch pięć, a Pep trzy. I taki wynik będzie ciężko nie tylko pobić, ale nawet się do niego zbliżyć. Ale od każdego osobno?
Enrique wygrał dotąd Ligę Mistrzów dwukrotnie. To jest, na tę chwilę, mniej niż każdy z wymienionych wyżej, i pretendujących do pierwszeństwa wśród trenerów, rywali osobno. Ale tylko na tę chwilę, bo jeszcze w maju Enrique powinien, i to w cuglach, rodaka dogonić. Nie wyobrażam sobie bowiem jak aktualny Arsenal miałby ograć aktualny PSG. Cuda a’la Crvena Zvezda AD’91 zdarzają się raz. Zresztą. Rywalem Anglików nie będzie Olympique Marseille.
BTW. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę, że ta trójka szkoleniowców to nie jedyni co najmniej trzykrotni zdobywcy klubowego mistrzostwa Europy wśród trenerów. Tyle, że Zidane to, jako trener, jeden wielki fuksiarz (i może na tym skończę), a Paisley zdobywał te trofea jednak w innych czasach. Czasach, które trudno porównywać do dzisiejszych. Natomiast zwolenników zaliczania do najwybitniejszych trenerów pana Mourinho informuję, że nie jest tu brany pod uwagę z trzech powodów. Dwóch jak najbardziej obiektywnych i jednego jak najbardziej subiektywnego. Zacznę od tych pierwszych. Raz, że ma na koncie, podobnie jak jeszcze aż 15 innych szkoleniowców, dwa, a nie trzy, zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Dwa, że dysponując (w czasie, kiedy go trenował) tak wybitnym składem osobowym, nie był w stanie wygrać LM z Realem. No i trzeci, subiektywny, ale równie ważny. Że go cholernie nie lubię. Tak już mam z wszystkimi gośćmi z przerośniętym ego.
No więc Luis Enrique jest wielki. To naprawdę niełatwo przejąć Barcelonę stosunkowo niedługo po Guardioli i zrobić w niej więcej niż Pep. A tak dokładnie było. W dodatku nie mając najlepszych relacji z Messim.
A to, w jaki sposób przekształcił PSG, to jest mistrzostwo świata. Ja przypomnę. Przyszedł do Paryża w lecie 2023. Do tego momentu grali tam Messi, Neymar, Icardi, Mbappe i Donnaruma. Na wejściu pozbył się pierwszych trzech (podobno warunek jego przyjścia do klubu, który szejkowie, bez szemrania, spełnili), Francuza pozbył się po roku, Włocha po kolejnym. Nikt mu już nie gwiazdorzy, mimo że gwiazd dalej pełna drużyna. Ale gwiazd innego typu. Gwiazd, na których Enrique wymusił i od których wyegzekwował jedno: NAJWAŻNIEJSZY JEST ZESPÓŁ. I się, Panowie Gwiazdy, słuchają. To jest ich największa przewaga nad resztą. GRAJĄ ZESPOŁOWO. A jak jest jakaś szprycha w kole, vide Mbappe, to się ją z koła wyjmuje i odrzuca (czytaj sprzedaje) z zyskiem. Albo bez.
Nie wiem jak długo Hiszpan posiedzi nad Sekwaną. Może długo, może niekoniecznie. Co by jednak nie zrobił, jednego można być pewnym. Czy w Paryżu, czy w kolejnym klubie, w którym hiszpański szkoleniowiec w przyszłości zacumuje, Enrique będzie walczył o poprawienie swojego obecnego stanu posiadania.
Jego warsztat daje podstawy do tego, by mieć nadzieję, że rekord dzierżony przez Carlo Ancelottiego nie musi być wcale rekordem, który będzie widniał w Księdze Guinessa po wsze czasy.




Komentarze
Pokaż komentarze (6)