Pisząc „głowa” mam oczywiście na myśli przede wszystkim psychikę. Ale nie tylko. Pomyślunku też w najważniejszych momentach dalej brakuje. Jest pod tym względem na pewno lepiej niż, powiedzmy, w Double Sunshine, ale braki w tym obszarze, w zestawieniu z rywalkami, są widoczne.
Patrząc z kilkudniowej perspektywy, bo przegrany mecz półfinałowy miał przecież miejsce już kilka dni temu, to rzeczywiście widać było sporą poprawę. Nie tylko w meczach z Japonką i Pegulą, które Polka wyraźnie zdominowała. Również z późniejszą zwyciężczynią całego turnieju Iga długimi fragmentami nadawała ton grze lub prowadziła bardzo wyrównany pojedynek. Niestety. W najważniejszych momentach wysiadała głowa. W trzecim secie w sześciu z ośmiu gemów Iga prowadziła 30:0. W siedmiu 30:15. I tylko dwa z tych gemów wygrała. Tak więc dalej, kiedy dochodzi do sytuacji, nazwijmy je, stykowych, Polka dalej ma kłopoty i nie umie sobie z nimi poradzić.
Ale przynajmniej sama gra była dużo lepsza. Nie tylko od tej prezentowanej przez Igę w Ameryce, ale także od tej, którą pokazała we wcześniejszych turniejach rozgrywanych na mączce. Jeśli taka poprawa nastąpiłaby też w sferze mentalnej, to o wynik w Paryżu można byłby być spokojnym. Tylko czy tak będzie?
Turniej wygrała Elina Switolina. I to też o czymś świadczy, i na korzyść Igi. Znów było tak, jak za starych, dobrych czasów. To znaczy jeśli Iga nie wygrywała turnieju, to przegrywała z późniejszą zwyciężczynią całych zawodów. Teraz wypada więc czekać na następny krok. To znaczy, że Iga nie przegra już w turnieju z nikim. Nadzieje są. Jak wyjdzie, to zobaczymy w praniu.
Switolina wygrała ten turniej jak najbardziej zasłużenie. Wygrała bardzo pewnie z niezwykle groźną ostatnio dla najlepszych Baptiste, potrafiła odwrócić wynik spotkania z Rybakiną, była mocniejsza psychicznie od Świątek, swoją wyższość nad Gauff też wyraźnie w trzecim secie udowodniła. Z finału oglądałem tylko set pierwszy (do dalszego oglądania zniechęcił mnie prezentowany w nim przez obie finalistki poziom), ale byłoby szczytem szczytów, gdyby jeszcze w finale niezliczone fuksy Coco Gauff miały przesądzać o jej końcowym zwycięstwie. Tyle szczęścia, co miała Amerykanka w swoich zagraniach w tym turnieju, to inne przez cały rok nie mają. Naprawdę szczęśliwe wygrane z Sierrą, Jovic i Cirsteą, gdzie każde z tych spotkań powinna przegrać, pozwoliły jej prześliznąć się do finału. Tutaj też było parę zagrań, gdzie miała furę farta, ale, na szczęście, nie przesądziły one o meczu. Moja żona po każdym z tych spotkań twierdziła, że szczęście sprzyja lepszym. Zgadzam się, ale wszystko ma swoje granice. W Rzymie nie miało. Co nie zmienia faktu, że upór, z jakim Coco, potrafi stawiać czoła różnym przeciwnościom (trzy razy przegrywała pierwszego seta, z Cirsteą też było w nim już 2:4) i z nich wychodzić, dalej stawia ją, mimo nie najlepszej obecnie formy, w roli jednej z głównych faworytek w Roland Garros. Pod warunkiem, że dalej będzie przy niej szczęście.
Powiem tak. Gdyby Iga miała w sobie upór, czytaj mental, Coco, to spokojnie moglibyśmy oczekiwać w damskim tenisie powtórki z lat 2022-2023. A tak możemy jej oczekiwać ze spokojem… dużo mniejszym????.
Faworytek przed Paryżem w brud. Szkoda wymieniać. Na razie serce podpowiada jedno, a mózg, jakby na sprawę nie patrzeć, jednak coś innego. Strasznie tęsknię za czasami, kiedy oba te narządy podpowiadały mi to samo.
PS
Mój optymizm musi być jednak wciąż duży, skoro uważam, że szanse na to są. I to w niedługim czasie.



Komentarze
Pokaż komentarze (4)