HareM HareM
126
BLOG

Koniec barcelońskiej przygody Lewandowskiego

HareM HareM Sport Obserwuj notkę 3
Będzie miał co wspominać. Barcelona jeszcze bardziej

Pożegnano go wczoraj jak króla. Nie tak jak Niemcy. I ci z Dortmundu, i ci z Monachium. Dla nich zawsze był tylko gastarbeiterem. Pamiętać będę zawsze słowa prezesa Borussi, imć Watzkego: „Przecież Polak nie może zarabiać najwięcej w klubie”. Kahn z Samihalidzicem też nie traktowali go nigdy na miarę tego, co dał Bayernowi. A dał ogromnie dużo. Naprawdę. I oni to wszyscy zresztą wiedzą.

Barcelona, na czele z prezesem Laportą, dała wczoraj wyraz temu, że zdaje sobie sprawę, co dla niej zrobił. A zrobił, w czasie w którym tam był oczywiście, więcej niż ktokolwiek inny. Przyszedł kiedy się wszystko u Katalończyków waliło. Ledwo wiązali, a w zasadzie nie wiązali, końca z końcem. A on dał im siebie, jedno z trzech wówczas najważniejszych nazwisk w piłce, dał im jakość w grze ofensywnej, dał im dziesiątki, w zasadzie to aż 12 dziesiątek, bardzo ważnych goli, dał im wielki udział w zdobyciu trofeów, w tym trzech mistrzostw kraju, ale przede wszystkim przywrócił im wiarę w to, że bez Messiego też można. No i ten bezprzykładny profesjonalizm, którym zaimponował swoim jeszcze bardziej utalentowanym, a dużo młodszym kolegom klubowym, stanowiąc pod tym względem niedościgły wzorzec do naśladowania.

Trzy mistrzostwa Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Superpuchary Hiszpanii. Tytuł króla strzelców w pierwszym sezonie gry w drużynie. 119 goli, 24 asysty. W 192. spotkaniach (w tym sporo niepełnych), w których wystąpił. 14 miejsce wśród wszystkich strzelców Blaugrany w historii. A grał przecież w zespole przez zaledwie 4 lata! I to nie między 24 i 28, ale miedzy 34 a 38 rokiem życia!

Człowiek czasem na niego, szczególnie przez ostatni rok, psioczył, ale kto w tym wieku miał takie liczby? Messi? Nieprawda. Leon, mając 34 lata przeszedł do porównywalnego klubu (PSG) i tam, przez dwa lata, strzelił tyle bramek, ile Lewy w pierwszym sezonie gry dla FCB. Teraz Argentyńczyk znów strzela dużo, ale nie porównujmy MLS z topowymi ligami Europy. Nie wypada.

Tak, proszę Państwa. Nieziemski romans polskiego piłkarza z jednym z najlepszych w historii klubów świata dobiegł końca. Z jednym z najlepszych i jednocześnie z jednym z grających najładniejszą dla oka piłkę. Jedyna porównywalna rzecz, jaka mi przychodzi do głowy to lata 1983-1985 i Boniek w Juventusie. Ale to nie było to samo. Tam zawsze na pierwszym miejscu był jednak Platini, a dopiero potem inni. W tym, oczywiście na poczesnym, ale nie zawsze najważniejszym, miejscu Polak. W Barcelonie, przynajmniej przez pierwsze trzy sezony gry, pierwsze skrzypce grał Robert. Zwłaszcza w pierwszym i trzecim. I tego nikt nie jest w stanie zakwestionować.

Notabene. Szkoda, że Polak nie pożegnał się z klubem nieco, na przykład pół sezonu, wcześniej, bo wtedy, być może, odszedłby w jeszcze większej chwale. A tak odchodzi w momencie, kiedy faktycznie Barcelona ma z niego już dużo mniejszy pożytek.

Jeszcze jeden aspekt sprawy. W Katalonii dużo częściej niż w poprzednich latach kariery, łapały Polaka kontuzje. Kwestia wieku zapewne. Gdyby nie te wszystkie urazy, to kto wie, co by było. Na przykład w końcówce zeszłorocznej Ligi Mistrzów, kiedy to Barca musiała sobie praktycznie radzić bez niego.

Miło było posłuchać jak prawie sto tysięcy ludzi gardłuje przez minutę nazwisko naszego najsłynniejszego piłkarza. Takiej wrzawy ze swojego powodu to nigdy żaden polski kopacz piłki nie uświadczył. I chyba nie uświadczy.

Podobno Lewandowski opuści Europę i zagra poza nią. Jak Ronaldo czy Messi. To znaczy na peryferiach piłki, za to za ogromną kasę. Cóż. Jego wybór.

Przy czym zgadzam się z panem Żelaznym, że grając w serie A mógłby się jeszcze w tej piłce przez duże P odnaleźć. A i bramek by pewnie trochę na jego konto, zarówno w lidze włoskiej jak i tej całej Lidze Mistrzów (strasznie nieadekwatna nazwa, skoro może tam zagrać czwarty czy piąty zespół ligi angielskiej na przykład), wpadło. Mówią, że już przesądzone i że wybrał tę kasę. Jego prawo. No comments.

Taaa… Nic nie trwa wiecznie. Z jednej strony szkoda. A z drugiej, jak Barcelona chce zdobyć Ligę Mistrzów, to musi nieco skład przemeblować. Trzeba jej życzyć, żeby w najbliższym oknie transferowym znów udało jej się złowić taką Złotą Rybę jak cztery lata temu. Wtedy, jak jeszcze dokupią ze dwóch dobrych obrońców, zdobycie trofeum jest murowane. Nie pisząc już o tym, że Mourinho po roku wyleci z Realu jak strzała z łuku.

Czego sobie i Państwu na koniec serdecznie życzę.


HareM
O mnie HareM

jakem głodny tom zły, jakem syty to umiem być niezły

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Sport