Przedwczoraj i wczoraj było pięć meczów naszych singlistów i z tego pięć zwycięstw. Dopiero dzisiaj Majchrzak zepsuł nam nieco statystyki. Ale raz, że grał ze znacznie wyżej usytuowanym w rankingu rywalem, dwa, że mączka to nie jest jego żywioł i trzy, że jest po półtoramiesięcznej przerwie z powodu kontuzji. Czyli trafiony, zatopiony, ale usprawiedliwiony.
Najbardziej, z naszych rzecz jasna, zaimponowała mi na inaugurację Magda Linette. Wykazała taki hart ducha, że dawno u żadnego sportowca nie widziałem. To nie były udawane bóle w stylu Azarenki czy Ostapenko, tylko takie żywcem prawdziwe. A jednak się dziewczyna, w niesamowity sposób, pozbierała i wygrała. A rywalka to nie był byle leszcz, choć jeszcze bez dużego doświadczenia nastolatka. Czeszka przed Rolandem była w rankingu prawie 10 miejsc wyżej od Polki. Przystępowała do turnieju jako zawodniczka czołowej pięćdziesiątki na świecie. Imponować u Linette mogła nie tylko determinacja z jaką walczyła z kontuzją, ale to, że potrafiła się wziąć do kupy po przegranym, a wydawało się przecież, że pewnie wygranym (było już 4:1), pierwszym secie. Brawo Magda! Żeby tylko nogi wydobrzały, bo wyglądało to w połowie decydującego seta wręcz dramatycznie.
Magdalena Fręch wygrała pierwszego seta w charakterystycznym dla siebie stylu. W drugim rywalka, na szczęście, skreczowała. Miejmy nadzieję, że w II rundzie Polka zaprezentuje wyższą dyspozycję.
Maja Chwalińska sprawiła jedną z największych, jeśli nie największą, sensację wczorajszego dnia. Pokonała mistrzynię olimpijską z Paryża. I nieważne, że Żeng zagrała fatalnie. Polka była w tym meczu po prostu WYRAŹNIE LEPSZA. A wynik drugiego seta raz, że komromituje Chinkę, ale dwa, że pozwala jeszcze bardziej wierzyć w to, że kolejne niespodzianki ze strony najlepszej kumpeli Świątek w tourze, nie muszą być wykluczone.
Jak już weszliśmy na Igę. Zagrała bardzo, ale to bardzo, przyzwoity, żeby nie napisać bardzo dobry, mecz. Australijska juniorka, mimo wysokiej porażki, udowodniła w tym meczu, że dzikiej karty nie otrzymała za piękne oczy. A wysoka porażka wynikała z tego, że naprawdę niezły mecz zagrało NDN. Co dobrze nastraja przed kolejnymi rundami.
Meczu Huberta Hurkacza praktycznie nie widziałem. Oprócz dwóch gemów w środkowej części trzeciego seta, które doprowadziły mnie do wniosku, że lepiej tego spotkania jednak nie oglądać, czemu byłem wierny do momentu aż żona zawołała mnie na meczbol. Więc zdania wyrobionego nie mam. Podobno dwa pierwsze sety były bardzo dobre. I podobno dyspozycja Polaka jest dużo lepsza niż przez ostatnie kilkanaście miesięcy. No to się tego trzymajmy i patrzmy co się będzie działo w rundzie drugiej.
A w rundzie drugiej łatwo nie będzie. Przynajmniej większości naszych tenisistów.
Linette trafia na, będącą na ten moment w rankingu ponad 40 pozycji wyżej, Ostapenko. Tutaj, zakładając, że lewe kolano wróci do użytku, Polka wcale nie jest, uważam, bez szans. Miała jednak, jak zwykle zresztą w turniejach wielkoszlemowych, pecha w losowaniu i w trzeciej rundzie los zetknie ją z Igą. Tutaj już faktycznie jej szanse będą minimalne. I niech nikogo nie myli rezultat ich ostatniej potyczki. No chyba, że Świątek wykręci nieziemski numer i w drugiej rundzie polegnie z Bejlek. Czeszka była, przez rozpoczęciem RG, 35. w rankingu, co nakazywałoby na nią uważać. Tyle, że w czterech z ostatnich pięciu turniejów poprzedzających francuskiego szlema, czyli Miami, Rzymie, Paryżu (WTA 125) i Strasbourgu, odpadała w pierwszej rundzie. A raz, w Charleston, w drugiej. A grała, m.in., z Gibson, Czarajewą (nr 130 rankingu) czy Siegemund. Więc nie widzę możliwości, żeby Iga mogła nie grać w trzeciej rundzie. Tym bardziej, że po meczu z Jones widać, że z kortami w Paryżu wciąż jest w komitywie.
Magda Fręch zagra ze Szwajcarką Teichmann. Kilka lat temu nie dałbym Polce żadnych szans. Rok temu wielkie. A dziś? Diabli wiedzą. Fręch od wielu tygodni gra, jak gra, a Teichmann w pierwszej rundzie pokonała Samsonową. No ale jej ranking (170) też wiele mówi. Miejmy nadzieję, że wynik tego spotkania będzie zgodny z oczekiwaniami buków. Tutaj przewagę ma Polka. Choć wcale nie tak dużą, jak mogłaby wskazywać różnica w rankingu.
Maja Chwalińska zmierzy się w swoim drugim turniejowym meczu z Belgijką Mertens. Powiem tak. Zwycięstwo w tym spotkaniu byłoby sensacją porównywalną z tą z dnia wczorajszego. A może i, zważywszy na aktualną dyspozycję Belgijki (wygrała np. niedawno z Paolini) i Chinki, jeszcze większą. Z drugiej strony, co dwie sensacje to nie jedna, prawda? Forza, Maja!
No i został nam Hubert Hurkacz. Jego rywalem ma być Amerykanin Tiafoe, aktualnie prawie 80 miejsc wyżej w rankingu. Ja wiem jedno. Rankingi nie grają. I dlatego myślę, że powracający z dalekiej i kilkunastomiesiecznej podróży Polak nie musi być bez szans. Byle nie olewał wyniku tak jak to robił w dwóch gemach trzeciego seta, które oglądałem w rundzie pierwszej. Grali ze sobą dotąd 7 razy jest 4:3 dla Amerykanina. Ostatni mecz grali jednak prawie 2 lata temu. Wszystko jest możliwe.
W zeszłym roku, w którymś z najważniejszych turniejów, w pierwszej rundzie mieliśmy jeszcze lepszy bilans singlistów niż teraz. Teraz jest 5:1, wtedy było 5:0. Ale już w drugiej rundzie nam przeszło i po drugiej było już tylko, o ile pamiętam, dwoje Polaków.
Miejmy nadzieję, że za dwa dni nasz bilans będzie lepszy od tego, który tak niedokładnie wspominam.



Komentarze
Pokaż komentarze