Wczoraj wieczorem znów przekonaliśmy się, że w futbol ma swoje prawa i nie ma w nim miejsca na przedwczesne wydawanie wyroków. Sam zresztą, choć to zdecydowanie jej kibicowałem, nie dawałem Hiszpanii przed spotkaniem zbyt dużych szans. A tu patrz pan.
Grający do tej pory pięknie i bardzo widowiskowo, wyjątkowo szybko i skutecznie, z niebywałym rozmachem i, po prostu, zdecydowanie najlepiej z wszystkich na Mundialu, Francuzi polegli w cuglach. Byli zwyczajnie BEZ-RAD-NI.
W największym skrócie pisząc, to profesor de la Fuente wypunktował Deschampsa. Francuski, mimo że wielce utytułowany, trener nie odrobił przed tym meczem lekcji. A Hiszpan owszem. Za dwóch.
Niemal od pierwszej do ostatniej minuty Iberyjczycy mieli to spotkanie pod kontrolą. Kluczem do zwycięstwa było, jak się wydaje, całkowite opanowanie środka pola. Jest to o tyle zaskakujące, że Hiszpania rozpoczęła mecz, i tak było zresztą przez jego większą i najważniejszą część, bez Pedriego, bez którego nikt jej sobie jeszcze dwa mecze wcześniej nie wyobrażał. Tymczasem Rodri z Olmo i Ruizem zupełnie zawładnęli boiskiem, nie dając Francuzom żadnej przestrzeni do rozwinięcia jej największych walorów, którymi dotąd wręcz obracała rywali w perzynę.
Oczywiście. Zawsze trzeba mieć trochę szczęścia. Tak było przy pierwszej bramce, kiedy to Digne w polu karnym odwinął Yamalowi z lewej nogi nie gorzej niż kiedyś Joe Frazier odwijał gościom z lewej ręki. Tyle, że stary mistrz robił to zgodnie z przepisami. No ale Digne nie jest mistrzem. I już nie będzie, niestety. Niestety dla niego, rzecz jasna.
Tak więc Hiszpania pokazała faworyzowanej Francji miejsce w szeregu. I bardzo najlepiej, bo wygrał zespół w tym dniu, po prostu, wyraźnie lepszy. Tak powinno być w każdym meczu. Kto lepszy, ten wygrywa. A nie ten komu „się to należy” z racji papierowych prognoz.
Miejmy nadzieję, że dzisiaj będzie podobnie. Nikt nie będzie nikogo ciągnął za uszy i zwycięży sport. Spotkanie Argentyny z Anglią będzie, jak myślę, nieco inne od meczu Hiszpania-Francja. Wczoraj grały dwie drużyny gdzie, mimo ogromnej ilości gwiazd, i to tych największego kalibru, wszystko opierało się jednak na ogromnej sile całego zespołu. Dzisiaj naprzeciwko siebie staną przede wszystkim Messi i Kane z Bellinghamem. Może do Argentyńczyka, choć na chwilę, dołączy któryś z kolegów. Żeby było bardziej sprawiedliwie, to znaczy dwóch na dwóch. Rozstrzygnie pojedynek artystów. Tak mi się przynajmniej wydaje. Reszta będzie tylko nosić im te fortepiany.
I niech wygra ten, którego fortepian będzie lepiej nastrojony.
W każdym razie, bez względu na dzisiejszy wynik, moim kandydatem do tytułu jest w tej chwili Hiszpania. Jako zespół ani Anglia, ani tym bardziej Argentyna, zwyczajnie im nie dorastają. A jak jeszcze Yamal, nie daj Panie, wreszcie zaskoczy…


Komentarze
Pokaż komentarze (11)