Lech Wałęsa, gdzieś tak w 1988, chyba na tle rozmowy w hali BHP z Mieczysławem Rakowskim (kiedy porównywali swoje doktoraty), raczył zauważyć, że więcej książek napisał niż przeczytał. A wtedy akurat czytelnictwo jeszcze nie było zajęciem dla pasjonatów i dla upartych: po prostu, czytało się.
Dziś, kiedy porozumiewamy sie właściwie pismem obrazkowym, serwowanym z monitorów telewizyjnych i komputerowych, warto zapytać: mamy do czynienia jedynie ze zmianą formuły poznawczej, czy gnuśniejemy, dopuszczając do zapleśnienia „tranzystorów”?
Jedną z form radzenia sobie w coraz bardziej turbulentnym otoczeniu (ukradłem tę turbulencję Profesorowi Tadeuszowi Popławskiemu) jest nastawienie na tryb „orientuj się”, zapożyczony ze świata polityki. W polityce – wiadomo – nikt nie mówi tego co myśli (tym bardziej tego co naprawdę zamierza), a intryga i ustawiczne pozycjonowanie się – to norma, standard. Polityczny survival polega więc na zdolności wykorzystania własnej orientacji, chyba że dysponuje się przemożną potęgą, własną albo uzurpowaną.
Technologie teleinformatyczne, dające złudzenie, że prawdziwa rzeczywistością jest świat wirtualny, są tym medium, które nas doprowadza kuchennymi drzwiami do owej górki rozrządowej, której na imię „orientuj się”.
Mistrzem bon-motu w tzw. realu był kiedyś Leszek Miller. Dziś bon-moty, co najwyżej 160-znakowe – serwuje każdy logujący sie na Twitterze, do tego stanu zbliża nas też e-mail: jeśli już dodajemy załącznik, to oby był krótki. Korporacyjna logika (czego nie umiesz przekazać na 2-3-ch stronach – lepiej nie przekazuj w ogóle) ogarnia samo-debilizujące się umysły, które jednakowoż – zbiorowo – sycą się swoimi osiągnięciami na miarę Kopernika. Co najmniej.
Chyba pierwsze manuskrypty – to uduchowione dzieła pełniące funkcję Pisma Świętego w rozmaitych nurtach filozoficznych i religijnych. Ważna jest owa manualność tych skryptów: weź, Czytelniku, pióro ze stalówką, może być wieczne ale takie maczane w inkauście jest lepsze – i przepisz niniejszą notkę (a może inny tekst, kilka stron). Zapewniam, że nie tylko do głębi poznasz mój przekaz, ale dorobisz się własnych refleksji, zanim skończysz przepisywanie. A kiedy tego nie uczynisz – to, wybacz, Twoje refleksje będą „reaktywne”, będą rodzajem odzewu na hasło, odpukania na zaczepkę.
Tak, dobrze kombinujesz: uważam, że największymi znawcami dorobku intelektualnego i duchowego Ludzkości byli niemal przez całą historię Ludzkości ci, którym los przydzielił funkcje skryby. A dziś należą do elity znawców ci, którzy studiują teksty, a nie – po prostu – czytają. Studiowanie polega, załóżmy, na robieniu rzeczywistych lub pamięciowych notatek, na ich porządkowaniu, na wyciąganiu wstępnych prawd, konfrontowaniu ich z autorem poprzez powroty do fragmentów najistotniejszych studiowanego tekstu.
W ciągu roku w ten sposób można potraktować nie więcej niż kilkanaście pozycji, nawet jeśli się czyta – już bez studiowania – kilkadziesiąt. I czy to jest lektura beletrystyczna, czy naukowa, czy religijna – efekt „przetwórczy” pracy naszych komórek szarych nie może być większy. Chyba że geniusz.
Co ma zatem powiedzieć Polak, mały i duży, który znakomicie zdaje testy rozmaite, ale nie studiuje nawet czytanek, a wiedzę czerpie z „podajników” bez weryfikowania źródła, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że „źródło” może mieć jakiś interes w dostarczeniu mu takiej a nie innej wiedzy?
Pytany o wykształcenie (w domyśle: formalne) podaję zawsze „matura bez zawodu”. A pytany o kwalifikacje – pokazuję ostatnie świadectwo pracy albo analizę-raport-koncepcję, za którą mi zapłacono. Staram się w ten sposób być w miarę blisko prawdy o sobie. Cóż dadzą dyplomy, skoro ich nie używamy na co dzień? Dowolny magister, tym bardziej doktor, powinien po dwóch-pięciu latach przestać się chwalić tytułem, jeśli nie pogłębiał swoich dyplomowych kwalifikacji, a przynajmniej nie nauczał innych o tym, do czego sam „dyplomowo” doszedł. Na poziomie zdrowego rozsądku (chłopskiego rozumu) wszyscyśmy jednakowi, co najwyżej zróżnicowani IQ, na poziomie wiedzy – tyle mamy, ile odkładamy świadomie, refleksyjnie.
I tylko na poziomie „orientuj się” jedni są sprawniejsi, a inni robią za gapy. Tyle, że życie codzienne to nie piłka kopana czy rzucana. Kiedy żyjemy w niekończącym się meczu – gubimy więcej, niż jesteśmy w stanie wygrać.



Komentarze
Pokaż komentarze