Jan Herman Jan Herman
477
BLOG

Cebularze i ich piszczykowizna

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 5
Z badań przesławnego znawcy polskich dusz, profesora Czapińskiego, który co dwa lata rozlicza granty publikując kolejne tomy Diagnozy Społecznej (właśnie znów zostaliśmy uszczęśliwieni nowym wydawnictwem) – wynika, że Polacy dzielą się na byczków fernando, stękaczy-gęgaczy i cebularzy. Ja osobiście przestałem cokolwiek rozumieć z prac zespołu wybitnego profesora, kiedy zestawiając różne słupki tabel otrzymywałem niezbite dowodu na to, że choćby w domu nie starczało „do pierwszego” – to i tak znajdzie się powód, by okazać zadowolenie ze stanu swojej pomyślności. Poważnie, już od drugiego tomu to śledzę. Patent Profesora Czapińskiego polega na umiejętnym, naprawdę: umiejętnym zestawianiu twardych faktów z miękkimi opiniami. Więc np. widać z danych, że znakomita większość Polaków nie ma oszczędności, co oznacza, że przejada na bieżąco całe dochody. Każdy badacz wie, że to nie z rozrzutności, tylko z tego, że owa większość ma chudą wypłatę lub wcale jej nie ma i „dosiada” się do krewnych i do systemu socjalnego. Tymczasem ze swojego położenia niezadowolonych jest mniej niż bezrobotnych, nie mówiąc już o ludziach zarabiających byle co. Każdy trzeźwy czytelnik takich tabel wyrzuciłby Diagnozę Społeczną na złom, bo jeśli mam poważnie potraktować wiadomość, że kilkumilionowa emigracja zarobkowa to ludzie, cieszący się z tego, że mają na samolot, by raz na kilka tygodni pobyć z rodziną i ziomkami – to świerzbi mnie ręka, żeby tego Piszczyka nauczyć wypełniania tabel. Zaproponowałem popularnemu w internecie dostarczycielowi optymistycznych wieści statystycznych, którego poznałem przed laty, pisując do Studio Opinii, dżentelmenowi w każdym calu, abyśmy usiedli przy klawiaturach i przeprowadzili ze sobą „rozmowę na argumenty”: z jednej strony „Polska w ruinie”, z drugiej strony „niepodważalny sukces” Transformacji. Przeciętny słuchacz, oglądacz i czytelnik mediów nie ma takich dyskusji, tylko wciąż od nowa przewijające się pojedyncze wystąpienia żarliwców obu opcji napuszczanych na siebie przez mediastów hołdujących niskim, gladiatorskim instynktom w „debacie”. Mam pisemną odmowę – niezwykle uprzejmą – tego dostarczyciela: nie ma sensu dyskutować, choć pobieraliśmy nauki na tej samej uczelni, bo on się ekonomistą nie czuje, tylko informatykiem, itd., itp., może być z kimś innym pogadał (tu pada nazwisko osoby o wykształceniu humanistyczno-teologicznym. Mam też – jak wszyscy – niezliczone dowody na to, że ów dostarczyciel chętnie zabiera głos w różnych mediach zapraszany właśnie z uwagi na owo pierwotne wykształcenie ekonomiczne (dziś jest bardziej znawcą spraw informatycznych). Rozumiem, że kudy mi do Pawła. W latach, kiedy ja na polskiej prowincji stawałem się powoli dorosły, ciężkie cięgi od władzy budującej socjalizm dostawał niejaki Janusz Szpotański, pseud. Władysław Gnomacki, Aleksander Oniegow (ur. 12 stycznia 1929 w Warszawie, zm. 13 października 2001) – poeta, satyryk, krytyk i teoretyk literatury, tłumacz, szachista z tytułem mistrza krajowego, trzykrotny mistrz Warszawy, drużynowy mistrz Polski z 1959 roku. Już w nowych czasach, pośmiertnie – Komandor Orderu Odrodzenia Polski. Za Pedią: w 1951 został wyrzucony z powodów politycznych ze studiów na Uniwersytecie Warszawskim. W 1964 napisał sztukę „Cisi i gęgacze czyli bal u prezydenta” – utwór będący pamfletem przeciwko rządom Władysława Gomułki, którego nazwał w tym utworze gnomem, a także satyrą na ówczesne postawy inteligencji. W styczniu 1967 został aresztowany i w 1968 skazany na trzy lata więzienia "za rozpowszechnianie informacji szkodliwych dla interesów państwa". W czasie wydarzeń marca 1968 stał się ulubionym celem niewybrednych ataków I sekretarza KC PZPR W. Gomułki. Gomułka nazwał poetę "człowiekiem o moralności alfonsa", a jego utwór – "reakcyjnym paszkwilem, ziejącym sadystycznym jadem nienawiści do naszej partii". Dodajmy, że Szpotan napisał dużo więcej, np. „Carycę i zwierciadło” albo „Towarzysz Szmaciak”. Mając na co dzień do czynienia z hejtem internetowym (jestem blogerem, i nie piszę akurat ani o gotowaniu, ani o trendach w sztuce i modzie, tylko – jak to się mówi – o polityce) – widzę pośród współczesnych Piszczyków wyraźną chęć „zamknięcia mordy” stękaczom-gęgaczom, widzę zresztą również tę samą chęć zakrzyczenia Piszczyków zamiast spokojnego punktowania ich lemingowatości. Mediaści nazywają to debatą, dobierając sobie rozmówców według klucza „kto komu mocniej odda”. Ale to nie jest debata. Można – i trzeba – na użytek szerokiej publiczności wykładać nawet skrajnie niezgodne ze sobą racje, punkt po punkcie, i jednocześnie nie zanudzać oglądacza-słuchacza-czytelnika żargonem naukowym. Ale do tego trzeba medium, które nie żeruje na szczuciu ludzi na siebie, oraz ludzi, którzy mają coś do ogłoszenia poza niezłomnym przywiązaniem do „linii partyjnej”. Pan Profesor Czapiński ma swój wielki teoretyczny wkład do polskiej nauki psychologii (to jego profesja). Cebulowa teoria szczęścia Janusza Czapińskiego wyróżnia trzy poziomy dobrostanu psychicznego (analogia do warstw cebuli). Najgłębszy, genetycznie zdeterminowany i nie zawsze w pełni świadomie doświadczany poziom to wola życia. Można ją zdefiniować jako obiektywny, niezależny od świadomości standard (wartość) dobrostanu psychicznego człowieka. Poziom środkowy zawiera niektóre hedonistyczne (bilans emocjonalny i pewne satysfakcje) oraz eudajmonistyczne (np. poczucie sensu życia) miary dobrostanu tzn. subiektywnie doświadczane wartości własnego życia. Dlatego został nazwany ogólnym dobrostanem subiektywnym. Na najbardziej zewnętrzny poziom składają się bieżące doświadczenia afektywne oraz satysfakcje cząstkowe, odnoszące się do konkretnych aspektów życia (rodzina, praca, finanse, warunki mieszkaniowe, czas wolny itd.). Kilka lat temu – kiedy zauważyłem paradoksy Diagnozy Społecznej – wczytałem się w dorobek naukowy Profesora. Oczywiście, nigdy nie dorównam mu wiedzą, zwłaszcza na jego rodzonym podwórku, ale mam prawo przywołać własne doświadczenia, dobre i złe. I gdy tak je sobie odtwarzam w pamięci, widzę rzecz następującą: treścią naszej samooceny wcale nie jest poziom naszego życia (dostatek, pozycja, bezpieczeństwo), tylko tu-teraz zmiany w tym poziomie. Widzimy nasz los jako fatalny, kiedy w ostatnim okresie nam się pogorszyło, albo – TO WAŻNE – kiedy nie udał nam się skok na wyższy szczebel. Ale też widzimy nasz los różowo, kiedy coś nam się akurat udało albo kiedy coś ważnego dla siebie podejmujemy. I nie ma się to nijak do obiektywnych, twardych faktów ekonomicznych. Zamiana chudej ale i tłustej wypłaty ze stałej na śmieciową postrzegamy jako „minus”, za to obietnicę pracodawcy, że przedłuży nam „śmieciówkę” – samą obietnicę! – widzimy jako „plus”. Dawno temu ukułem pojęcie Naturalnej Żywotności Ekonomicznej. Każe ona – i zarazem pozwala – by człowiek nawet w najcięższym położeniu chciał żyć, czerpać, niezależnie od materialnego i społecznego, a nawet duchowego poziomu egzystencji. Instynkt życia przekłada się zarówno na starania materialne, jak też na „biopolitykę”, czyli reprodukcję własnej podmiotowości społecznej. Poza wyjątkami, opisanymi przez Agambena jako „L’uomo senza contenuto”. Agambenowski Homo Sacer (człowiek zniewolony – np. przez codzienny reżim-jarzmo – zawsze znajduje w sobie dobre powody, by dalej żyć i znajdować sobie miejsce (i szanse dla siebie) nawet w najpodlejszych warunkach. Mam pewność – i to mój główny zarzut do Janusza Czapińskiego – że gdyby przeprowadził swoje badania wyłącznie pośród wykluczonych (nie mających stałego godziwego zarobku, nie mających własnego lokum, nie objętych właściwą opieką edukacyjną, rozrywkową, medyczną, socjalną) – to i tak znakomita większość badanych ogłosiłaby ankieterom, że „jakoś to będzie, może kokosów nie ma, ale dajemy radę”. Zatem mówimy nie tyle o tym, że jednemu szklanka wydaje się do połowy pełna, a drugiemu od połowy pusta. Jeśli w szklance jest łyk, a ostatnio dokapnęły dwie krople – to też jest powód do statystycznego zadowolenia. Profesor Czapiński – w końcu przecież fachowiec – daje niczym Piszczyk paliwo tym, którzy – jak eksperci ZUS – nawet u bezrękiego ślepca nie znajdą powodu, by my udzielać wsparcia. No, to ja wolę być Szpotanem. I proszę mi nie mówić, że jestem "człowiekiem o moralności alfonsa", a moje blogowanie – jest "reakcyjnym paszkwilem, ziejącym sadystycznym jadem nienawiści do naszej zielonej wyspy".
Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (5)

Inne tematy w dziale Polityka