Jan Herman Jan Herman
153
BLOG

Facecje z wernisażu

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 0

Byłbym głupcem, gdybym nie korzystał z okazji, czyli z powtarzających się często możliwości odwiedzania wystaw w Zachęcie na dzień przed ich otwarciem dla „biletowanych”. Więc korzystam, może nie będą mnie kiedyś mieli za głupca.

Z artyzmem jest tak, że czasem porywa, innym razem zaledwie budzi zainteresowanie, a bywa, że nie wceluje się w gusta i oczekiwania. To są sprawy nie do wyliczenia. Dałem temu wyraz w notce „Żadna opera”, TUTAJ, kilka miesięcy temu.

Tym razem otwierana wystawa miała tytuł „Tuż po wojnie” czy jakoś tak. Pokazuje wsypane do jednego wora skojarzenia z czasem, kiedy Polska była wyzwalana spod reżimu hitlerowskiego i wprowadzana na salony bolszewickie. Zaznaczmy, że tak dosadne słowa jak w poprzednim zdaniu byłyby na tej wystawie nie na miejscu. To jest miejsce dla inteligencji, a nie dla bojowników o jakieś Sprawy.

Wystawa pokazywała na przykład „zdjęte” fotograficznie hektary przykrych w wyrazie ruin – a potem klarujące się z nich w stachanowskim tempie ulice, przy tych ulicach odbudowane domy. Pokazano warsztatową stronę pracy biur architektonicznych, szkice skwerów, osiedli, konkretnych budynków. Kto chce – słucha i ogląda ówczesne kroniki filmowe, opiewające burzliwy rozwój stojący pod znakiem pieśni „zbudujemy betonowy nowy dom”.

Zatrzymałem się z kolegą przy makiecie kina Moskwa, które dziś zastąpione zostało przez nowoczesny komercyjniak. Ale bryła makiety była bardziej elegancka, nam zresztą skojarzyła się ze słynnym przypadkiem, kiedy wprowadzono stan wojenny, a w tym kinie akurat szedł znakomity film, adaptacja książki Conrada „Jądro ciemności”, przeniesiona do warunków paskudnej wojny wietnamskiej. Młodszy Czytelnik jest pozbawiony tego skojarzenia: sroga zima, na ulicach pojazdy wojskowe zaparkowane po narożnikach, przy nich poustawiane „dla ludności” koksowniki dające ciepło, w tym cieple grzeją się załogi tych pojazdów, a w tle kino – nomen-omen – Moskwa, na budynku zaś wielki jak siedem słoni napis „Czas apokalipsy”.

Dużo było plakatów socrealistycznych, wzywających lud roboczy do czynu odbudowy stolicy i budowy świetlanego „nowego”. Dużo było rzeźb Dunikowskiego (głowy z ważnych pomników) czy rysunków znanych ówcześnie i wziętych (czyli głaskanych przez władzę) rysowników, co wcale nie oznacza, że byli kiepscy albo nijacy. Duży obraz, na którym „zasiada” w egipsko-hieratycznej pozycji Waryński i jego kamraci. Inny obraz, pokićkany co do faktografii, pokazuje czasy Chrobrego, nadzorującego wbijanie pali granicznych (w stylu rzymskim) wzdłuż Odry (temat Ziem Odzyskanych jest na wystawie mocno eksponowany).

W jednej z sal pokazano ówczesne wzornictwo użytkowe, przemysłowe. Trochę siermiężne, trochę fajne. Np. karafki i kieliszki, albo rozmaite urządzenia do siedzenia, np. z tapicerką, wiklinowe, drewniane.

Tam gdzie prezentowano inwestycje i odbudowę z ruin – na przykład trasę W-Z – użyto jako elementów pomocniczych wkomponowanych w prezentację – zwykłych palet. Świetny pomysł, przenosi widza od razu w rzeczywistość „zwykłej roboty”.

Na oficjalnej stronie „Zachęty” napisano:

Czy kluczowy dla najnowszej historii Polski okres 1944–1948 jest równie ważny w obszarze sztuki? Jak w pierwszych latach nowej, dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości społeczno-politycznej i atmosferze, z jednej strony, „euforii odbudowy” i nadziei, z drugiej „wielkiej trwogi” odnajdywali się artyści? Wystawa jest próbą odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób złożoność nastrojów społecznych i napięcia polityczne w powojennej Polsce znalazły swoje odzwierciedlenie w sztukach plastycznych, fotografii, filmie, a także architekturze i wzornictwie.

Po wystawie przechadzał się Fibak, który „nam z kolegą” skojarzył się z nieżyjącym już Arthurem Ashe’m (pokonując tego znanego w świecie tenisistę Voytek wszedł do elity tenisowej świata), ale też z nieoficjalną „agencją z panienkami” dla zblazowanych artystów, którą ten wybitny dziś kolekcjoner sztuki i właściciel galerii urządzał gdzieś w okolicach Lazurowego Wybrzeża. No, więc ostatecznie nie zaszczyciliśmy człowieka naszym pozdrowieniem. Było kilka innych godnych zauważenia postaci (Adam Sandauer, ten od „Primum non nocere”). To normalne, że przychodzą, podobnie jak 20-30-osobowa grupka ładnych panienek i dziwnie przystrojonych oraz równie dziwnie ostrzyżonych adoratorów tych panienek (towarzystwo woli być tu w piątkowy wieczór, brawo), zawsze też jest kilkoro staruszków pamiętających może Zachętę przedwojenną. Są osobnicy w wieku przedchrystusowym, wyglądający na „sekretarzy osób ważnych”, a może tylko tak się zdaje. No, i rozmaici ludzie pierdolnięci, do których niezmiennie zaliczam Kamila S., który na nie swojego psa sprowadzał narkotyki pocztą, a kiedy się wydało, zamiast przyjąć na klatę nieudane szyderstwo ze służb – skamlał ideowo.

Są chyba jakieś granice przekraczania granic. Są granice wyzwolenia. Kiedy widzę, jak w „strefie bufetowej” (dla gości przebranych, wyselekcjonowanych, mających dojścia) szwenda się osobnik płci bliżej nieokreślonej, ubrany gdzieś między szmateksem a Arbatem, narzucający się innym ze swoimi serdecznościami – mam odruchy perystaltyczne w drugą stronę. Nie mówię, że jestem szczytem elegancji, ale jakieś normy są zdaje się nienaruszalne, hę? Nawet w Zachęcie. Jednym słowem – sztuka odróżniania pojeba od oryginała – nadal w cenie.

Zanim zostałem labiryntem wprowadzony do tej jadło-i-napojo-dajni, przysiadłem znużony na schodach, tych słynnych, gdzie uśmiercono Prezydenta. Wszystkie inne miejsca siedzeniowe zajęły rozplotkowane grupki.

Kiedy się tak siedzi „twarzą w dół”, a miejsce jest jedynym przesmykiem dzielącym hall główny i wyjście od sal wystawowych – ma się przegląd wszystkich pośladków odwiedzających wystawę. Bo normalnie to widzi się głowy, szyje, barki i popiersia zwane w sztuce biustami. A kiedy się obniży swoją podstawę obserwacyjną – pośladki okazują się dominującym punktem odniesienia. Jako że jestem człowiekiem trzeciego wieku – moje życie usłane jest wielotysięczna galerią pośladków, więc jeśli konkuruje do miana znawcy tego elementu Natury – czynię to bez zbędnej skromności i wstydliwych zahamowań. I stwierdzam mocą swojego znawstwa, z wyżyn jakie stwarza galeria schodów: nie każdy tyłek jest wart Zachęty. Przekazuję to nosiciel(k)om pośladków, którzy mają do siebie i do swojego zaplecza stosunek bezkrytyczny. Musze sprawdzić, jak to u mnie z tymi sprawami.

Popijamy z kolegą soczki, wybieramy między rybą, serkiem, i innymi ozdobnikami pieczywa. Dworujemy sobie z ludzi dziwnych, zachwycamy się załoga Zachęty, która jest ponadprzeciętnie miła dla oka. Gdyby złota rybka dała mi trzy szanse – wszystkie ulokowałbym w Zachęcie.

Przy stoliczkach, na kanapiętach – siedzą i stoją ludzie, mieszający się towarzysko, ale i załatwiający różne swoje sprawy. Ja z kolegą akurat teraz jesteśmy pozbawieni etatów, więc spokojnie możemy sobie zaszaleć żartem: oni muszą taki wieczór przeznaczać na spiskowanie i załatwianie, a my nic nie musimy, mamy pozamiatane, jesteśmy tu naprawdę wolni!

Bogdan Smoleń kiedyś wykonywał taką piosenkę:

Ja mam młode, twarde ręce,
A ja plecy mocne, zdrowe,
A więc, bracie, jak najprędzej
Zaczynajmy odbudowę.

Niech się mury pną do góry,
Niech kominy mają pion,
Zbudujemy po raz trzeci nowy dom.

Ja mam piasek, a ja oczy,
A tam stoi betoniarka.
A jak wróg nam prąd wyłączy?
Zbudujemy przy latarkach.

Niech się mury pną do góry,
Niech kominy mają pion,
Zbudujemy po raz trzeci nowy dom.

Ja mam deski oraz krzepę,
On ma zardzewiałą piłę.
Jak ktoś znów odstawi lipę,
To ja chyba się zabiję.

Niech się mury pną do góry,
Niech kominy mają pion,
Zbudujemy po raz trzeci nowy dom.

Ja mam cegłę, sklejkę, linę,
Żyto, wapno i ogórek.
Ja mam kolejową szynę.
A ja bardzo grubą rurę.

Niech się mury pną do góry,
Niech kominy mają pion,
Zbudujemy po raz trzeci nowy dom.

Niech się mury pną do góry...

Niech się zamkną!
Koledzy! A jak się znowu okaże, że ten nasz nowy dom
Nie będzie miał podłogi, drzwi, ściany... 
To wtedy z desek zbudujemy samolot i spie...

Niech się mury pną do góry,
Niech kominy mają pion,
Zbudujemy po raz trzeci nowy dom.

Mam poważny żal do trójki „kuratorów” wystawy: dlaczego na wystawie nie ma żadnego elementu sarkazmu czy choćby zawiłej satyry, która wszak oplatała niczym pnącze całą tę nieco nadymaną, nadętą rzeczywistość?

 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka