Jan Herman Jan Herman
298
BLOG

Jaki wybrać tytuł notki…?

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 4

Wstaję wcześniej niż Jarek, u którego się rozgościłem poprzedniego wieczoru, bo po późnym spotkaniu nie było sensu jechać do miasteczka, by na rano znów wracać. Całe życie wstaję z kurami, nawet jeśli zasypiam w metropolii, gdzie kury można znaleźć co najwyżej pozbawione pierza, zaklęte w plastikowe folie, w zamrażalniku.

Moje poranki polegają na tym, że spisuję „z natury” coś, co na mnie zrobiło wrażenie w ostatnich kilku godzinach – i podaję to do blogosfery, bo mam kilka tysięcy stałych Czytelników. No, zawsze powinienem taką notkę zatytułować. I dziś mam z tym problem.

Mieliśmy wczoraj długą rozmowę „o polityce”, czyli o sprawach wagi niebłahej. Z tej rozmowy zapamiętało mi się kilka wątków. Któryś z tych wątków będzie tytułowy, ale który?

Mój poranny wzrok jest sokoli. Na półce, wysoko, znajduję Timothy Snydera „Nacjonalizm, marksizm i nowoczesna Środkowa Europa”. Czasy mamy takie, że najświeższe spojrzenie na sprawy polskie mają ludzie przybywający z Ameryki jak Snyder czy Brytyjczyk Norman Davies albo David Ost, też Amerykanin. Albo Jarosłav Hrycak ze Lwowa. O, jest też książka tego ostatniego „Prorok we własnym kraju”, o Ivanie Franko.

Ciekawe, co czytuje Jarek…? Te dwie „cegły”, które wykryłem na wysokiej półce, były zakurzone, zanim ich teraz nie otrzepałem, by przejrzeć przy herbatce. Poniewiera się za to na podręcznym stołeczku inna książka – zbiór przemówień Siergieja Ławrowa, dyplomaty. Ale najbardziej pod ręką leży szwedzkiej autorki Tove Mariki Jonsson (obywatelki Finlandii) „Kometa nad Doliną Muminków”, która mnie wciągnęła w świat Ryjka i Muminka, odkrywców, którzy przedzierając się przez straszny las dotarli nad morze, tam Muminek zajął się nurkowaniem po biale-okrągłe kamienie (że niby perły), a nie przekonany do pływania Ryjek znalazł przy skale jakąś grotę, w nie kotka – i tak dalej. Kiedy wrócili do domu, odwiedził ich Piżmowiec, stwór dziwny i filozoficznie nastawiony do życia. Nie śmiej się, Czytelniku, to opowieść niemal tak dobra, jak „Mały Książę”, w moim przekonaniu wzorzec wszystkiego, który powinno się obowiązkowo czytać co pięć lat, poczynając od kołyski.

Dobra: pierwszy z kandydatów do tytułu niniejszej notki – to „Co czytuje Jarek”. Na razie Jarek pochrapuje, nie mogę go spytać.

„O wędrówce płci” – to druga kandydatura na tytuł notki. Po wielu meandrach dyskusyjnych doszliśmy do zgody, że człowiek, który ma problemy z tożsamością (homoseksualny, transseksualny, itd.), kiedy decyduje się na porzucenie płci, przydzielonej mu po narodzinach – raczej nie ma szans na to, by w nowej, wybranej przez siebie płci kiedykolwiek się odnalazł w pełni. Zamiast podróży „z jednej wioski do drugiej wioski” – raczej podróżuje donikąd. Płeć bowiem nie jest spłachetkiem ziemi albo surowcem, które rolnik lub robotnik może dowolnie brać we władanie i przeistaczać wedle swojego zamysłu i woli: istotę płciowości poznały organizmy żywe od swojego zarania: Opatrzność-Uniwersum ustanowiły tę drogę prokreacji (jak wiadomo: fenomen życia ma trzy aspekty: prokreacja, metabolizm i biopolityka), wszystkie inne drogi okazują się „ścieżkami bocznymi” (pączkowanie, ale i regeneracja, apomiksja, strobilizacja, poprzez podział komórki, fragmentacja plechy, poprzez bulwy, poprzez kłącza, poprzez cebule, poprzez rozłogi, poprzez pączki zimowe, przez rozmnóżki, poprzez zarodniki, poliembrionia). Niby tego dużo – ale wszystko na skalę zaledwie laboratoryjną: rozmnażanie płciowe – zwyciężyło, a po marginalizacji neotenii, dzieworództwa i obojnactwa – najskuteczniejsza okazała się rozdzielnopłciowość. Coś w tym Natura widocznie widziała, skoro rozdzielnopłciowość ustanowiła koronnym narzędziem prokreacji… Jednym słowem, skoro mogą i muszą kwiatki i motylki – człowiek powinien się zastanowić, zanim w pełni zanurzy się Iż „natury” lub ze „zblazowania” w coś laboratoryjnego.

Wątkiem pobocznym (czyli jakby podtytułem” było „równouprawnienie to ściema”. Nie po to Natura, Pan Bóg, Opatrzność albo Nie-Wiadomo-Co wymyśliły płciowość, by zapomnieć o naturalnym podziale ról społecznych. Zatem równouprawnienie ma zastosowanie jako wynalazek kulturowy, ale zawsze pozostanie – jak inne wynalazki człowieka – przeciwstawnym Naturze elementem syntetycznym (sztucznym) dla świata, a nie jego esencją.

„Pragmatyzm przeciw zasadom” – to też byłby dobry tytuł notki. Mówiliśmy o tym w kontekście mojej historii „konfliktów sumienia”, które kazały mi przeciwstawiać się paskudztwom, szalbierstwom, podłościom – jakie w biznesie czy w polityce są codziennością. Najczęstszym argumentem moich przyjaciół – i Jarek tu nie odstaje – kiedy porzucam mocodawców albo oni mnie odstawiają – jest ten, że machanie proporcami Dobra, Piękna, Prawdy i Sprawiedliwości (to mój nałóg, a raczej imperatyw) – trudno jest pogodzić z sytością dochodów i z jakąkolwiek karierą, bo świat raczej w inną stronę się ukłonił. Ostatecznie zgodziłem się z przekąsem, że choć to idiotyczne i nieefektywne, nie będę na starość się zmieniał, bo ci, których całe życie wkurzam tą swoją „świętością” – będą niepotrzebnie mieli satysfakcję typu „a jednak udawał”. Niech już tak zostanie, że do końca dni swoich będę „westalką” sumienia i przyzwoitości, również w koncepcjach społeczno-ustrojowych i koncepcjach fenomenu Człowieka. Utopia, ale może się przyda, kiedy świat sam sobie strzeli w stopę i będzie szukał natchnienia: wtedy ono będzie czekało gotowe, tylko odkurzyć…

„Eskimoska ekonomia daru” – to kolejny tytuł: przeszliśmy  do tego wątku, kiedy ustaliliśmy, że jestem „polityczną dziewicą”, niechętną chwilowym uniesieniom niemoralnym, czyli wspomnianą wyżej westalką. Dar – to taki wehikuł ekonomiczny, który należałoby tak stosować, by obdarowywany nie czuł się „zobowiązany długiem wdzięczności”, a darujący – by nie odczuwał swojego „poświęcenia-ofiarności”, tylko po prostu dawał, bo ktoś potrzebuje. Doszli do tego Marion i Derrida w głośnym sporze o moraliach, a opisano wielokrotnie, w tym Urszula Idziak z Lublina w swoim doktoracie „Dar: spór między Jeanem-Lukiem Marionem a Jacques'em Derridą”. Nie istnieje – mówi Jarek – społeczeństwo czy wspólnota, gdzie wszystko co człowiekowi służy za materiał czy narzędzie, jest rzeczywiście wspólne. Istnieje – odpowiadam, i nazywa się Eskimos. Wiem po cichu, że „przerysowuję”, ale jest co najmniej kilkanaście wspólnot „aborygenów” – od polarnych po tropikalnych – nie znających instytucji własności, a swój egoizm człowieczy traktujących jako duchową chorobę, oddając ją szamanom.

Kiedy się Jarek obudził wreszcie – miałem już notatki gotowe, tylko nie umiałem się dobrać do jego gadżetów elektronicznych, dlatego notka niniejsza ukazuje się dobę po moich opisanych wyżej rozterkach.

A tytułu jak nie było – tak nie ma…

 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Polityka