Artur Śliwiński jest profesorem-ekonomistą. Dziś jest znany przede wszystkim z tego, że podnosi i uruchamia w debacie etyczny wymiar gospodarki, przy czym używa słowa „duchowość”, w czym wykracza dużo dalej, niż Adam Smith (szwagier ekonomii nazywany jej ojcem) w swojej „Teorii uczuć moralnych”.
Miałem okazję w roku 1988-9 do długich z nim rozmów (właściwie rozmów jego ze mną), a tematem wtedy go rajcującym najbardziej był fenomen powiernictwa (gospodarczego). Był autorem konceptu i organizatorem Ogólnopolskiego Towarzystwa Inicjatyw Gospodarczych „Promotor”, a ja jego giermkiem przybocznym, później w roli szefa Agencji do Spraw Rozwoju i szefa Rady Dyrektorów ITIG Promotor. Dla niewtajemniczonych: wzorce „Promotora” przeinaczył „liberalnie” Mieczysław Wilczek z rządu Rakowskiego i założył TWIG, drapieżną organizację drapieżnego biznesu, pierwowzór rozmaitych BCC czy Lewiatanów.
Mam w ręku tegoroczną książeczkę Profesora Artura, „Ekonomia Sieci. Jak globalne sieci opętały świat”. Rzecz nieduża objętościowo, wywołująca temat.
Środowiska ekonomiczne i polityczne od 2-3 pokoleń rozważają zagadnienia związane z tym, że mega-biznes (korporacje międzynarodowe) przerastają organizacyjnie i wydajnościowo organizacje państwowe i „ogon” zaczyna kręcić psem. Dziś już jest jasne dla każdego rozgarniętego, że największe korporacje świata są bogatsze, potężniejsze i skuteczniejsze od średniej wielkości państw.
Profesor to „odkrycie” intelektualne ma już za sobą od dawna (ja zresztą też pierwszą próbę magisterską oparłem na książce „Investition- und Produktion-Politik der Internationale Unternehmung” sprzed prawie 40 lat, nabytej w Stuttgarcie).
Profesor idzie dużo dalej: oto wskazuje na to, że o ile biznes ma formalno-prawną przewagę nad konsumentem-obywatelem (asymetria odpowiedzialności za skutki działań, nierówność podmiotowa w systemie-ustroju) – o tyle sieci biznesowe, będące hybrydą podmiotowości prawnej i nieformalnej organizacji, realizują (choćby nie chciały) społeczne projekty totalitarne, z zakusami na przechwytywanie prerogatyw państwowych.
Profesor idzie dalej: oskarża sieci o narzucanie jedynomyślności w obszarze edukacji ekonomicznej, o propagowanie indywidualizmu, co skutkuje dezintegracją społeczną, przeistaczaniem społeczności w rozklekotane zbiorowości, łatwiejsze do manipulowania, nazywanego bezczelnie „kształtowaniem rynku” albo „wychowywaniem konsumenta” (to już moja uwaga – JH). Kryje się to np. pod pojęciem „głębokiego przejęcia”, czyli nie tylko fuzji kapitałowych kolonizujących sektory gospodarcze, ale też „ustawiania” mikro-kultur konsumenckich. Za parawanem firm „wystawionych na widok publiczny” kryją się całe łańcuchy logistyczno-decyzyjne, przygotowane na rozmaite reakcje „rynku”, zanim owe „rynki” zreflektują się, że są zmonopolizowane.
Czytając tak zredagowane uwagi Profesora – odczuwam satysfakcję. Teraz mam w ręku dowód, że jest on jednym z tych, którzy skutecznie zapobiegli mojemu procesowi zanurzenia się w „bezideowe” rozważania ekonometryczne: tu pstrykniesz – tam się poruszy”.
Zarządzanie procesami gospodarczymi – to nie tylko umiejętność ustawiania tych procesów „pod modele”, ale też zdolność do przewidywania kulturowych, a nawet psycho-mentalnych konsekwencji wdrażania takiego albo innego rozwiązania. I zdolność do samo-powstrzymania się – jeśli te konsekwencje rujnują kulturę i współtworzącego ją Człowieka.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)