Kiedy tylko rozsypał się geopolityczny (kontynentalny) zaprzęg habsbursko-prusko-carski, a przez Europę powiało socjalistycznym żarem i bolszewickim chłodem – na mapy powróciła Najświętsza: nikt nie miał zielonego pojęcia, co trzeba zrobić, by stała się ona krajem wydolnym jako Ojczyzna, dlatego nagle i trochę niespodziewanie niepodległą rzeczywistość zaczęto zagospodarowywać wielowątkowo.
Najważniejszym wątkiem, instalującym kruchość państwową jako grzech pierworodny Odzyskanej – okazała się tęsknota neoimperialna: Polska składała się wtedy z piastowsko-jagiellońskiego rdzenia (Poznań-Kraków-Warszawa) i jagiellońskich Kresów (Wilno-Grodno-Lwów). Jeśli przyjrzeć się temu bliżej, to mamy na wszystkich granicach „ziemie podzielone”: Wilno oznaczało przepołowioną Litwę, Grodno oznaczało przepołowioną Białoruś, Lwów oznaczał przepołowioną Ukrainę, przepołowiony był Śląsk z Zagłębiem, Pomorze, dwojaki był status Prus Wschodnich, historycznie wszak będących spadkiem po wytępionych Galindach, wieloetnicznych Prusach i Jaćwingach. Mrzonka madagaskarska m. in. M. Lepecki) – dopełnia obrazu.
Równie ważnym wątkiem okazała się pasja gospodarska, którą autoryzowali nie tylko Grabski i Kwiatkowski: mając na uwadze pusty skarbiec, wojny piłsudczykowskie, podjazdy rozliczeniowe Niemiec, niepewność waluty i Wielki Kryzys – liczne inwestycje planistyczne i rządowe rozwiązania systemowe przebijają nawet wysiłek rekonstrukcyjny Gierka. Co prawda, obcy kapitał szwendał się po Polsce jak chciał, ale malało jego znaczenie wobec gigantycznych przedsięwzięć gospodarczych Rządu: jakoś nikomu nie psuło to rynkowości....
Najbardziej niefortunne okazało się jednak – również noszące znamiona grzechu pierworodnego – zaspokojenie ambicji kresowiaka, socjalisty, wojaka: te trzy „korzenie” Piłsudskiego spoiły się w swoisty „semtex”, a sanacyjna Polska u progu II Wojny okazała się zmorą dla większości sąsiadów, żaden więc ani nie płakał, ani nie miał skrupułów, kiedy nas dopadł hitleryzm. Sam zaś Komendant-Naczelnik-Marszałek okazał się gorącokrwistym watażką, bez umiaru w dążeniach graniczno-militarnych i w semi-faszystowskich skłonnościach do podporządkowania rodzącej się demokracji korpusowi Legionów. Jego stosunek do parlamentaryzmu nie wymaga żadnych objaśnień.
Kiedy zatem świętujemy Niepodległą – to raczej odwołujemy się do wątku pierwszego i trzeciego, pasję gospodarską porzucając jako mało ponętną. Wielkie polskie miasta dudnią antybolszewizmem, uniowstrętem (naznaczonym anty-germanizmem), snami o potędze, dystansem (to eufemizm) wobec etnosów nie-polskich. A polska parafialna śpi, wysłuchawszy co najwyżej egzaltowanych kazań.
Czy znajdzie się – do ciężkiej feli – jakaś siła polityczna, która jasno postawi dwa podstawowe tematy: państwowo-gospodarczą podmiotowość Polski na kontynencie (liczoną od Atlantyku po Ural, ale też w Europie Środkowej) oraz wyprowadzenie z Polski rozmaitości wykluczeń, bukietu rozwiązań ustrojowych dzielących Polskę na „właścicieli” i „mięso”?
Udając sami przed sobą, jakeśmy to wielcy ponad narody – popadamy w kolonizację i w narkotyczne uzależnienie od wojaczki – tym razem pod wodzą nie Dziadka, tylko Wuja Sama. Taka ci ona owa niepodległość.
Ale (cytuję za PK):
Wierzę w to, że przyjdzie czas.
Wierzę w to, że zmieni się.
Wierzę w to, że Ty i ja.
Obudzimy nowy dzień.
Bo tutaj jest jak jest po prostu.
I Ty dobrze o tym wiesz.
Bo tutaj jest jak jest po prostu.
I Ty dobrze o tym wiesz.
3 minuta, 28-32 sekunda TEGO klipu: pozdrawiam melo-recytującą wakacyjną dziewczynę, dla mnie prawie jak słowiańska Nathalie Cardone. Słowa „bo tutaj jest jak jest, po prostu” – nie muszą oznaczać pogodzenia się z rzeczywistością…


Komentarze
Pokaż komentarze (4)