Jan Herman Jan Herman
801
BLOG

Gusła i guślarze

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 16

Na temat „niniejszego referatu” wypowiedziałem się już w notce „Między sprawiedliwością i prawem”, TUTAJ. Pisałem wtedy:

Sprawiedliwość nie wymaga wyjaśnień, jej najgłębszy sens jest wkomponowany we wszelkie stosunki między organizmami żywymi, a u Człowieka jest elementem języka prymarnego, tego z którym się rodzimy, nie musimy się sprawiedliwości uczyć w procesie wychowania, dojrzewania. Kiedy ktoś doznaje uszczerbku-krzywdy ze złej woli kogoś innego albo na skutek zbiegu okoliczności – sprawiedliwym jest niezwłoczne zadośćuczynienie, rekompensata, oraz ukaranie winnego, a przynajmniej uświadomienie mu, co narobił.

Poczucie sprawiedliwości zostało wpisane w społeczne obyczaje, przybierając rozmaite rytualne formy. Poprzez te formy społeczności stały się strażnikami sprawiedliwości, nie pozostawiły ofiar samym sobie, uniezależniły ofiary od prześladowców-złoczyńców, wmontowały w swój ustrój element profilaktyki.

Taka sprawiedliwość nadal jest udziałem większości społeczności samorządnych świata. Ma swoje wady: niezwłoczna reakcja ofiary lub społeczności niesie ryzyko przesady lub pomyłki.

Prawdziwe jednak kłopoty ściągnął na siebie człowiek, kiedy zaczął to oczywiste pojęcie sprawiedliwości – cywilizować. Przede wszystkim do sprawiedliwości przylgnęło słowo „wymierzać”, a sama sprawiedliwość została zakuta w dyby prawa. Najgorsze okazało się jednak rozdzielenie PRAWA od SPRAWIEDLIWOSCI poprzez obowiązkowe PROCEDURY.

Procedury przekreślają jakikolwiek sens sprawiedliwości prymarnej, z której poczuciem się rodzimy. Przede wszystkim dlatego, że eliminuje element niezwłoczności oraz dlatego, że włącza do „wymiaru” osoby trzecie, nie będące ani ofiarą, ani społecznością macierzystą. Owe osoby trzecie z czasem przeobraziły się w organy, urzędy, służby. Stały się państwowe.

Organy, urzędy i służby – to nie są roboty, tylko ludzie zatrudnieni w konkretnych rolach. Funkcjonujący w społecznościach. Mający swoje interesy i – jak to ludzie – w jakiejś mierze skłonni do czynienia niesprawiedliwości. Nie chce mi się tego wątku rozwijać, ale mam nadzieję, że Czytelnik podąża za mną w poglądzie, że sprawiedliwość cywilizowana wcale nie jest wolna od ryzyka błędu (w tym – uwaga – zamierzonego i zaplanowanego, preparowanego!).  I przede wszystkim opóźnia – niekiedy w nieskończoność – rozrachunek nad krzywdami i uszczerbkami. Zagnieżdża kwasy społeczne.

 

*             *             *

Użyjmy prostego przykładu, pamiętając, że w „uywilizowanych” systemach prawnych między poczuciem sprawiedliwości (normą społeczną) a reakcją społeczeństwa (kara, nagroda) najwięcej miejsca zajmują procedury, czyli instrukcje i definicje.

Oto wiadomo, że nie wolno zabijać. Prościej nie da się tej normy sformułować, w dodatku jest ona uniwersalna, ponadczasowa, przekracza wszelkie granice sąsiedzkie, państwowe, kulturowe.

Zabawę rozpoczynamy od tego, co nazwiemy życiem i co nazwiemy zabijaniem, czyli odbieraniem życia. Potem wydzielamy do „odrębnego rozważania” przypadki, kiedy jest wojna, albo kiedy zaistnieje „obrona konieczna” albo kiedy życie jest odbierane za karę przez wymiar sprawiedliwości.  Zagłębiamy się dalej: czy płód-zarodek albo człowiek-roślina mają tę właściwość, że są żywe. Czy jeśli egzekucja jest nieudana ze względów technicznych – to wolno ją powtórzyć (czyli zabijać dwukrotnie). Czy można za nieżywego uznać kogoś, kto spadł z bardzo dużej wysokości (np. są dowody), ale nie znaleziono ciała. No, i przechodzimy do gry wysublimowanej: kto, kiedy i w jakich okolicznościach oraz w jaki sposób ma prawo orzec, że nastąpiła śmierć lub że śmierć miała inną przyczynę niż zabójstwo. Czy winowajcę oczywistego (na oczach wielu świadków uciął głowę ofiary mieczem) wolno karać w trybie przyspieszonym, czy trzeba sprawę rozstrzygać „normalnie”, wedle powszechnie obowiązujących procedur. Czy pomaganie ciężko choremu w samobójstwie to jest zabójstwo. Czy usiłowanie to to samo co skuteczny czyn. Czy wolno zabić płód, by ratować matkę – lub odwrotnie. Czy wolno strącić samolot z pasażerami, który porwali szaleńcy i chcą wbić się w stadion pełen kibiców. Czy krewny albo wspólnik czy pracownik winowajcy jest pełnoprawnym uczestnikiem postępowania. Czy zabicie z drona (lub przez patrol specjalny) osobnika „prawie na pewno” niosącego falę terroru podlega karze.  Czy wolno bronić się przed zabójstwem i co to oznacza. Jaka sekwencja czynności powinna mieć miejsce – i w jakich okolicznościach, pod jakimi warunkami – aby wymiar sprawiedliwości został uznany za spełniony, czy racje społeczne i inne „najwyższej rangi”  mogą zawieszać lub odsuwać na dalszy plan literalne znaczenie praw, co to znaczy „wyższa konieczność”, czy głosowanie jest formułą demokratyczną, czy raczej siłową, Itd., itp.

Na każde z postawionych powyżej pytań proceduralnych (a lista takich pytań zajęłaby pewnie kilkaset stron) napisano w odpowiedzi książki. Zauważmy: wszyscy wiedzą, że nie wolno zabijać, norma ta znalazła regulacje prawną – ale pomiędzy norma społeczna i regulacją prawną narasta zaspa proceduralna, złożona z instrukcji i definicji.

Nie wyobrażam sobie, by jakimś społeczeństwem zarządzało więcej niż 100 norm takich jak „nie zabijaj, nie kradnij, nie cudzołóż, nie obrażaj, nie strasz, pomagaj kiedy jest potrzeba, itd., itp. przeszukując kodeksy też niezbyt można się doliczyć przekraczającą tysiąc liczbę norm. Cała reszta to – mówiąc żargonem pogardliwym – prawniczenie.

O tym, że z systemem prawnym jest coś nie tak, niech świadczy to, że – nawet uwzględniwszy „sektory” wymiaru sprawiedliwości (kontrole, inspekcje, straże, policje, prokuratury, sądy, mediacje, apelacje, trybunały, adwokatura, enklawy takie jak sport, medycyna, rzemiosło, spółdzielczość) i tak samo uwzględniwszy dziedziny prawnicze (prawo karne, cywilne, administracyjne, biznesowe, zatrudnieniowe, itp.) – dowolny prawnik, czyli ktoś po kilkuletnich studiach i długotrwałych aplikacjach woli nie wypowiadać się „z marszu”, a bywa, że odmawia wypowiedzi, bo jest specjalistą z prawa samorządowego, a nie konstytucyjnego.

Prawo, którego nie pojmują „odruchowo” nawet specjaliści – jest jarzmem, a nie prawem. Co ma powiedzieć człowiek nieobyty ani z przepisami, ani ze słowem pisanym? Kim jest dla wymiaru sprawiedliwości? Co dla niego oznaczają takie terminy, jak „termin zawity” albo „konwalidacja”, nawet jeśli mu wytłumaczymy, co one literalnie oznaczają?

Dla szeregowego obywatela – wykształconego czy nie, obytego czy nie – system prawny tak rozbudowany okazuje się zbiorem guseł, a wszyscy, którzy „prawniczą” – jawią mu się jako guślarze.

 

*             *             *
Guślarstwo niepostrzeżenie przenosi wymiar sprawiedliwości w obszar polityczny. Bo jeśli na szarym końcu tego wymiaru jest elementarne poczucie sprawiedliwości i jego odbicie w postaci praw, a na czoło wysunięte są procedury i definicje – to znaczy że sprawy z obszaru wymiaru sprawiedliwości stają się żerem kadr politycznych. Sąd sądem – a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Jeśli zakazano – to nie wolno, ale jeśli bardzo się chce – wtedy można próbować. I tak dalej. Nie obrażając nikogo – tak działa prawo rabiniczne: kto mocniej lub głośniej, lub z większych wyżyn ustanawia, egzekwuje i interpretuje prawo – przy nim  jest racja. I nawet Jahwe jest bezsilny wobec rabinicznej logiki.

Zarówno „polityczny autorament”, jak też zachowanie większości sędziów TK, każą ich postrzegać jako „rabinacką” elitę wymiaru sprawiedliwości. Polski wymiar sprawiedliwości – tego nie sposób udowodnić – jest bardzo „podatny” na działania mediów, na nastroje społeczne i na naciski polityczne. Wszyscy sędziowie TK dojrzewali w tej atmosferze „podatności”. Dlaczego mieliby akurat – osiągnąwszy pozycje niemal nienaruszalną – nagle stać się bezstronnymi, bo nawet jeśli oni tak zechcą – to ich ziomale nadal tkwiący w „normalnym” wymiarze sprawiedliwości nie pojmą, „jak on mógł, przecież jeszcze wczoraj umawialiśmy się co do spraw, które on teraz ocenia”.

Procedury i definicje – to „załącznikowa” część systemu prawnego, ale dziwnym trafem uchodząca za esencję prawa.

Teraz zawsze już będzie wiadomo: cokolwiek zrobimy z Konstytucją (a zrobić trzeba, oj, trzeba) – nie zaspokoimy naszych życzeń, jeśli tabuny prawników będą w swoim światku wypracowywać super-prawo stojące ponad elementarnym poczuciem sprawiedliwości i ponad prawami odbijającymi to poczucie.

O. Tyle trzeba. Tymczasem na kluczowych funkcjach nadzoru prawa w Polsce mamy osoby, które jednak wolą nurzać się w grach słownych i znaczeniowych, procedurach i definicjach.

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (16)

Inne tematy w dziale Polityka