/uwaga: sedno notki - w jej trzeciej części - podbudowałem wprowadzeniem w sytuację, które już może sie wydać nudne/
Słabą stroną wszystkiego, co demokratyczne i co obok demokracji przebywa – jest to, że nigdy nie wiadomo, kiedy zakończyć debatowanie i wątpliwości rozstrzygnąć siłowo, egzekucyjnie albo w głosowaniu. Przez to zdarza się, że debata jest przerywana przedwcześnie, kiedy jeszcze nie wystrzelano się z argumentów, albo zbyt późno, kiedy już „bicie piany” przesłania istotę rzeczy i już nikt się nie orientuje, gdzie jest jajko, a gdzie kura.
Spór o Trybunał Konstytucyjny, przypomnijmy, zaczął się, kiedy ustępująca formacja, przygotowująca sobie drugą kadencję prezydencką i trzecią parlamentarną, została przyłapana na tym, że zielona wyspa, kraj cudów, raj demokratyczny i wspólnota europejska – to opowieść fałszywa, ale tak uwodzicielsko atrakcyjna, że owa formacja sama w nią zdawała się wierzyć.
Trybunał Konstytucyjny ma konstytucyjnie nierozstrzygniętą funkcje główną: jest sądem konstytucyjnym czy organem kontroli legislacyjnej.
1. Jako sąd konstytucyjny miałby prawo do wskazywania rozwiązań słusznych i egzekwowania swoich wskazań (na to wskazuje choćby uprawnienie TK do określania terminów, w których sytuacja opisana w postanowieniu musi ulec naprawie);
2. Jako organ kontroli legislacyjnej miałby prawo do występowania w roli instancji, w łańcuchu Sejm-Senat-Prezydent-Trybunał, jako ostatnie i ostateczne ogniwo (patrz: skupienie uwagi TK wyłącznie na przedmiocie zaskarżenia-zapytania);
Wykorzystując tę dwuznaczną rolę Trybunału, formacja ustępująca postawiła na wariant drugi i zaprzęgła TK do roli swojego narzędzia legislacyjnego: ONI będą poprzez Prezydenta nam bruździć, a my będziemy Prezydenta omijać z użyciem TK.
I nie ma co się teraz głupio tłumaczyć po telewizorach, że to była tylko drobna przesada, zamiar był jasny: utrzymać pełnię władzy, mimo nieoczekiwanej utraty jej wykonawczego elementu. Trzeba czytać między wierszami „korekty” czerwcowej.
Wtedy jeszcze formacja ustępująca nie brała pod uwagę przegranej parlamentarnej: jeśli ktokolwiek zlekceważył Kukiza (właściwie lekceważyli wszyscy, nawet głosujący na jego prezydenturę, którzy jego 20% uznali za porażkę zamykająca temat) – to Platforma w tym zapatrzonym we własną seksowność lekceważeniu osiągnęła mistrzostwo. Mając za złe Pawłowi polityczną kalekość, jednocześnie jestem apostołem jego kluczowej roli w wytrąceniu Platformie atrybutu prezydenckiego, a potem parlamentarnego.
* * *
Kiedy po wakacjach okazało się, że możliwa jest przegrana parlamentarna – formacja ustępująca poczyniła kilkadziesiąt ruchów „na zapleczu Państwa”, a jednym z nich – akurat nagłośnionym, pozostałe są mniej dziś eksponowane – było doprowadzenie do tego, że większość w Trybunale zagwarantowana byłaby przynajmniej na połowę kadencji: w tym czasie możnaby łatwo zamrozić wszelką konstruktywną działalność Parlamentu, a Prezydenta zakwalifikować do psychuszki.
Przewidywano bowiem, że PiS powtórzy wszystkie numery sprzed 8-10 lat: dywanowy nalot na kumoterstwa i korupcje, antyeuropejska insurekcja, imperializm jagielloński, skok na media, związanie rąk i potem wymiana kadrowa w obszarze Nomenklatury, … i to wszystko pod znakiem nabożnych uniesień w sprawie Katastrofy, która od pięciu lat wisi nad Polską cieniem ponurym.
Dlatego użyto całego dostępnego rzemiosła ustrojowego, (powtarzam: sprawa TK to jeden z kilkudziesięciu węzłów zawiązanych na szkodę „kogokolwiek, kto po nas”), nie dla ratowania jakiejś demokracji (konia z rzędem temu, kto wyczyny Tuska udowodni jako demokratyczne), tylko dla ostatecznego skompromitowania „kaczyzmu”)
Jesienią stawało się coraz bardziej niebezpiecznie dla ustępującej formacji – użyto zatem narzędzia „trybunalskiego”, ale przede wszystkim mediów: ich zadaniem było „pomieszanie starego z nowym”, czyli odgrzanie mitu o faszystowskiej niepoczytalności PiS (czyli stare) i wskazanie nowych, atrakcyjnych elementów rzeczywistości politycznej (Petru i Zandberg). Teraz jest czas, żeby wydobyć z czeluści internetowych wydań te setki opowieści o tym, jak ci dwaj zbawcy odnowią lewą nogę sceny politycznej i nowocześnie skorygują racjonalność państwowo-gospodarczą.
Większego pecha już nie da się zaliczyć: sukces Razem okazał się najgorszym z możliwych, bo całkiem wyeliminował ugrupowania szastające werbalnie lewicowością, a to oznaczało – skoro „nowocześni” nie przegrali – że ustępująca formacja dostała niemal figę z makiem, a formacja wschodząca dostała przewagę, jakiej nikt dotąd w okresie Transformacji nie dostał.
Nota bene:to jest dobry powód, by zastanowić się nad ordynacją wyborczą, w wyniku której ułamek procenta na nowiutkie ugrupowanie powoduje radykalne zmiany na scenie parlamentarnej: miało być remisowo, a jest „drugi szereg”.
* * *
PiS zaczął źle: od podkupywania posłów Kukizowych. Trzeba było poczekać do etapu, jaki nadchodzi tuż-tuż: wymiany pierwszych tysięcy nomenklaturowych. Paweł konsekwentnie trzyma „swoich” z dala od fruktów, i jeśli to są rzeczywiście spartanie – może mu się udać. Ale – szczerze mówiąc – w polityce spartanie się zdarzają rzadko.
Generalnie PiS woli brać pełną garścią niż łyżeczką. Tu nie chodzi o łapczywość kadr, wygłodniałych wieloletnią posuchą, tylko o rzeczywiste zagospodarowanie Państwa: urzędów, służb, organów i prawa. Zamiarem było takie ustawienie Konstytucji, by gwarantowała ona zabezpieczenie dla wszystkich szaraków i przedsiębiorców, którzy nie radzą sobie w warunkach „rynkowych” i „demokratycznych” (cudzysłów użyty z wyrachowaniem), a jednocześnie dawała niezbywalną podmiotowość Państwa, zwłaszcza wobec pełzającego anschlussu europejskiego. Cele zbożne, ale przyszło PiS-owi, po próbach niezdarnych w pierwszych dwóch tygodni, przejść do małych kroczków.
Tymczasem formacja ustępująca, w miejsce nierealnej walki na forum parlamentu (choć harcownicy próbują), rozpoczęła walkę podjazdową „w terenie”, pojąwszy w lot, że wobec dwóch mocnych przegranych przestała być partnerem politycznym dorastającym do nowej formacji rządzącej.
Celem walki podjazdowej jest związanie sił rządowych na tyle, by nie miały czasu, energii i dobrych okazji, by realizować zadania własne, by miotały się po chaszczach, w które „podjazdowcy” wciągają rządowców.
UWAGA!
Kilkadziesiąt środowisk nie mających „prawa” liczyć na kontynuację nomenklaturową i na „kiście” biznesowo-pozarządowe (konkursy, przetargi, zlecenia z ręki, reklamy, uczestnictwo w projektach typu niesławny PIR, itd.) – to całkiem spora gromadka. Nie trzeba zbytnio zaglądać Kijowskiemu w alimenty, żeby jasne się stało, jak bardzo atrakcyjna dla podjazdów jest jego inicjatywa KOD-owana. I znów podkreślę: czerwcowa „trybunałka” to jedno z kilkudziesięciu narzędzi utrzymania władzy przez ustępującą formację mimo przegrywanych wyborów.
KONIEC UWAGI
* * *
Niniejsza notka jest reakcją na „wywiad”, jakiego udzielił Włodzimierz Cimoszewicz Ewie Siedleckiej[1]. O tym nieco poniżej. Tutaj zaś przypomnę wyimek z mojej notki z dnia 13 lipca 2011 (ponad cztery lata temu! Chodzi o protest, jaki ogłosił wtedy Związek Zawodowy Prokuratorów i Pracowników Prokuratury i Stowarzyszenie Sędziów Polskich „Iustitia” (czyli ci, którzy ścigają łamaczy prawa). W treści plakatu wiszącego w każdej siedzibie prokuratury wzywano do takich działań jak: masowe branie urlopów na żądanie, masowe oddawanie honorowo krwi, 20-minutowe przerwy w rozprawach. Napisałem wtedy garść refleksji:
1. Warto jeszcze poczekać, aż powołany zostanie Związek Zawodowy Posłów, Senatorów, Ministrów oraz Premierów, wtedy rechot Historii nie ustanie: oto bowiem związki zawodowe powołują ci, którzy strzegą w Polsce porządku konstytucyjnego i prawnego, zatem protestować mogą wyłącznie przeciw sobie;
2. Protest jest o pieniądze, choć dla ozdoby dodano „psucie prawa”: i kto to mówi, jeśli nie największe psuje prawa, kastrujące go z sensu, ducha i paru innych przymiotów?
3. Kwiat polskiego prawa ogłasza na wiele dni naprzód, że będzie brał urlopy na żądanie (instytucja urlopu na żądanie stworzona została dla nagłych przypadków osobistych);
4. Kwiat polskiego prawa ogłasza na wiele dni naprzód, że będzie w godzinach pracy oddawał honorowo krew (jak wyżej);
5. Kwiat polskiego prawa ogłasza na wiele dni naprzód, że odstąpi od czynności procesowych: jeśliby szary człowiek nie stawił się, albo stawiwszy się odmówił uczestnictwa – dostanie mandat albo coś takiego, a co dostanie kwiat polskiego prawa?
6. Kilka „poważnych” organizacji zrzeszających kwiat polskiego prawa bez zmrużenia okiem, bez cienia refleksji popiera to kuriozum!
Kto tu psuje prawo? – pytałem retorycznie. Kiedy widzę takie kwiatki – wszystko mi opada! Kolego Ministrze! Przełożony tego towarzystwa! W Kodeksie Pracy jest paragraf 52! Chyba że kwiat polskiego prawa jest poza polskim prawem! Kwiecie polskiego prawa: Pacta sunt servanda, spójrzcie na siebie poprzez to hasło, które sami ogłaszacie! Patrz: „Protest”, TUTAJ. Przypominam: to było 4 lata temu.
* * *
Otóż dla mnie jest jasne, że ustępująca formacja jako kolejne z narzędzi walki podjazdowej – zastosuje Sciopero Bianco, czyli „strajk włoski”, do którego zaangażuje środowiska nie wykluczone „odwrotne” w stosunku do rzeczywistych ofiar Transformacji, środowiska prawników, urzędników, funkcjonariuszy, obsługę regaliów, w tym infrastruktury krytycznej, a jak się uda – to „akademików” i nauczycieli. W każdym razie zrobi wszystko, by „pisiory” użyły najbardziej znienawidzonej broni państwowej: stanu nadzwyczajnego. No, koncepcyjnie miodzio!
Jeśli Czytelniku dziwiłeś się, że reprezentant interesów finansjery wyprowadza na ulicę tysiące protestujących – to przeczytaj jeszcze raz powyższy akapit.
Gazeta Wyborcza nie ustaje w knuciu. Ewa Siedlecka – mediastka wedle mojej definicji tego słowa – krąży – niby w wywiadzie – wokół Cimoszewicza i wmawia mu tezy, które on elastycznie niby przyjmuje, ale z takim zwodem, by nie były podpisane jego nazwiskiem. Po co z nią w ogóle gadać, człowieku, skoro widać, że rozmówca jest jej potrzebny nie dla swojej wiedzy, tylko po to, by przykleić swoje na cudzym?


Komentarze
Pokaż komentarze