Jan Herman Jan Herman
1390
BLOG

Dlaczego Bolek a nie ja

Jan Herman Jan Herman Polityka Obserwuj notkę 17

Zacznijmy z grubej rury, jak Hitchcock: Wałęsa urodził się z naturą huncwota, podobnie jak Jarosław K. Ja zresztą też, ale w latach 70-tych byłem za głupi na jakąkolwiek politykę, zresztą, w latach 1975-79 byłem w wojsku, początkowo na własne życzenie, jako słuchacz uczelni wojskowej.

Huncwot to taki ktoś, kto rozbawia towarzystwo, ale nie w stylu Kobuszewskiego czy Przybory, tylko na przykład wrzucając z teatralnego balkonu na salę główną plastikowy woreczek z wodą. Heca na cztery fajery, spektakl rozbity, paru trafionych gotowych jest zabijać we wściekłości, a autorom spiorą tyłki, o ile ich dopadną. Huncwot najczęściej cechuje się tym rodzajem inteligencji, który nazywam „orientuj się”. Kojarzycie Tomaszka Niechciców? Moje osobiste, prywatne przechwałki wciąż wracają do aktu wandalizmu, kiedy to w latach harcersko-licealnych razem ze Staszkiem Budzeniem wywróciliśmy wieżę triangulacyjną w pobliżu Szklanej Huty. Spróbujcie, zrozumiecie. Nam się to wydawało fajną hecą, ale nawet dziś można za takie rozrywki trafić do pudła.

Jeśli taki hucpiarz i obwieś jak Bolek trafia z zapyziałej wioski do jednej z wiodących metropolii, do przemysłu będącego dumą socjalistycznej ojczyzny, między wielkoprzemysłową klasę robotniczą – to działa jak wesoły granat: rozładowuje monotonię codziennych stoczniowych wyczynów współzawodnictwa pracy, ale też sprowadza na brygadę czy na wydział kłopoty. Wiem, mam tę samą naturę.

Nie ma takiej możliwości, żeby huncwot pokroju Wałęsy nie wdał się w dwuznaczne sytuacje w latach 70-tych. I dam sobie uciąć, że o ile Lechu dziś z właściwym sobie butnym narcyzmem rozpowiada, jak to dzielnie walczył z komuną – o tyle wtedy wszystko działo się obok niego, on sam w trójmiejskim tyglu robił za podskakiewicza i nie był dopuszczany do ścisłych narad. Był takim, którego wypycha się przed szereg, kiedy „trzeba czynu”, kiedy rozróba jest potrzebna, by na coś zwrócić uwagę „szarej masie wielkoprzemysłowej”. I wmawianie dzisiejszym 30-40-latkom, że prześlizgnął się on „ubekom” bez żadnej rysy na biografii – to dowód niewiedzy o tym, jak to działało w tamtych czasach.

W taki właśnie sposób Lechu stał się „piratem socjalizmu”: socjalizmowi zawdzięczał awans z zadupia do Gdańska, z byle czego do wielkoprzemysłowej klasy robotniczej – ale nie wyzbył się natury i psocił, chcąc-nie-chcąc trafiając ze swoimi wyczynami na struny polityczne, bo wtedy polityczne było niemal wszystko. Jeśli gdańska „ubecja” pracowała np. nad tysiącem stoczniowców – to Lechu należał do pierwszej setki. Może podpisał, może na kogoś, kto mu kiedyś na wydziale przygadał do słuchu, naskarżył  że wynosi młotki i pędzle za bramę. Tego nikt nie sprawdzi, ale na takich donosach opierało się wstępne „wiązanie” podskakiewiczów. I na ofercie pomocy rodzinie, kiedy dosięgała człowieka dyscyplinarka. Na pewno nie siedział w kazamatach i nie był traktowany przez służby jak dysydent, ale też nie był ważną „wtyką”, bo się zwyczajnie nie nadawał, nie umiał trzymać języka za zębami.

Co robi środowisko z człowiekiem, który jest na bezrobociu, a nie boi się chuliganić? Chodź, jest przygotowywana zadyma, wchodzisz? Wchodził, nie będzie się przy radiu i dzieciach użerał z żoną, która pyta gdzie wypłata i kiedy.

Tak Wałęsa stał się graczem kilku ról nie do pogodzenia: ojca dzieciom żyjącego w szorstkiej komitywie z żoną, spiskowca mimo woli, stoczniowca do wzięcia, obiektu zainteresowania służb.

Dla tych, którzy interesują się sprawą Bolka, kluczowy jest moment rozpoczęcia strajków gdańskich w 1980 roku. Będzie wracać wciąż od nowa pytanie, jak to było z tym murem. Dla wnikliwszych będzie natrętnie dzwoniło, skąd będący wtedy na „niezatrudnieniu” Wałęsa znalazł się w roli frontmena strajkowego. Dlaczego nie któryś z tych, którzy rzeczywiście przygotowywali strajk i choć trochę rozumieli, w co grają? Może zadziałał prosty mechanizm „wypchnijmy huncwota na czoło, i tak nie ma nic do stracenia”? Wcale bym się nie zdziwił, gdyby się okazało, że Lech co prawda „podpisał i skarżył”, ale w ścisłej czołówce był ktoś, kto „nie podpisał, ale służył”. Nie twierdzę, że tak było, ale nie zdziwiłbym się.

A teraz pytam tych, którzy jak ja mają naturę huncwota. Czyż nie zdarzyło się wam, kiedy jakimś swędem dostaliście olśnienia, że wyniosło was na scenę poważniej niż zamierzaliście – zmienialiście się w rycerzy spraw niecodziennych? Mi się zdarzało.

Nikomu z powiek snu nie spędza najważniejszy w historii Polski i świata epizod solidarnościowy. 16 sierpnia strajk w Stoczni rozłazi się po kościach: dyrekcja częściowo ustąpiła (nie pierwszy raz), podpisano „rutynowe” trzy kartki i stoczniowcy „jak zwykle” udali się do domów – ale kilku działaczy postanowiło pójść krok dalej, choćby dlatego, że niczego nie uzyskały zakłady pracy w Trójmieście i na Pomorzu, które strajkowały solidarnościowo. Teraz te zakłady czekała hekatomba i przytomni ludzie z gdańskich Wolnych Związków Zawodowych stanęli na głowach, by strajk stoczniowy przeistoczyć w ruch strajkowy regionu. To był moment kluczowy, dopiero wtedy „strona przeciwna” powołała sztab kryzysowy z udziałem wojskowych i służb.

Śmiem twierdzić, że gdyby tak się nie stało, to po zakończeniu strajku Wałęsa nadal by podskakiwał, „ubecy” wiązaliby go ze sobą donosiątkami, na Wybrzeżu „powiatowe” fabryczki przeżywałyby holokaust. Skoro jednak dysydenci (no, Lecha przy tym nie było w roli przywódcy) postąpili „wbrew przyjętym obyczajom” i nie zadowolili się sukcesem Stoczni – był najlepszy moment, by Lecha zastąpił „prawdziwy” dysydent, przywódca trójmiejskich spiskowców wolnozwiązkowych. Żyje ówczesny ich lider, można go spytać, dlaczego pozostawili Lecha na czele. Może wciąż liczyli się z porażką, tyle że w innej skali?

Od mszy przy Bramie odprawionej rankiem 17 Sierpnia, zakończonej ustawieniem krzyża ku czci stoczniowcom poległym 10 lat wcześniej – zaczęła się w Polsce Transformacja. Następnego dnia w MKS było 156 zakładów pracy, na desce zapisano 21 postulatów „poprawiających socjalizm”, ostrożni wolnozwiązkowcy wymusili na handlu zakaz obrotu alkoholem, uruchomiono pierwszą od dziesięcioleci niezależną od władz drukarnię, a po tygodniu na Stocznię najechały stołeczne yntelygenty. Nie do Lecha przyjechały, tylko do Borusewicza i jego drużyny. Pamiętacie słowa Kuronia o „sierżantach w okopach”?

W tej sytuacji objawił się światu nowy Wałęsa. Jego podskakiewiczostwo, brak bojaźni wobec prominentów, niewątpliwe talenty „sceniczne” – urwały go z jakiejkolwiek więzi z „ubekami”. On teraz – niespodziewanie dla siebie – stał się Sprawą.

Odtąd aż do Okrągłego Stołu Lecha nie da się inaczej postrzegać niż jako narastającej lawinowo legendy. „Ubecy” dobrze wyczuli, że internując Lecha muszą go potraktować tak samo jak własnych prominentów: gdyby siedział w „zwykłym” internacie, rozniósłby go w drobny mak, stając się niby „Che”. A tak – przyzwyczajał się do roli ponadprzeciętnej, wmawianej mu przez samo potraktowanie go po generalsku. Jego „wojsko” zaś uprawiało internatową konspirę, do której on nie miał dostępu. Z punktu widzenia „ubecji” – majstersztyk.

Ktokolwiek myśli, że Arłamów był dla Wałęsy wczasami – ten głupi jest. Toż oni go tam mielili na setki sposobów znanych służbom całego świata od tysiącleci! Ale on już wtedy był ponad to. To już nie był podskakiewicz, choć huncwot w nim rozkwitał. To był ktoś świadomy, że ma złoty róg. Żaden z niego rewolucjonista, do dziś nie wie, na czym rewolucja polega. Nawet jako Prezydent przechwalał się, że więcej książek napisał niż przeczytał. Ale to nie znaczy, że nie działał mu instynkt „orientuj się”. Nosa to on miał, ostatnio dopiero węch mu się skiepścił.

Okrągły Stół i jego zaplecze w Magdalence – to norma. Każdy aparat świata z każdą dysydencją świata tak załatwia sprawy, o ile nie ma determinacji, by wyrżnąć opozycjonistów do spodu. Akurat Jaruzelski uzyskał kremlowskie imprimatur, warunkowo zresztą.

I tak szło dalej.

Jeśli Wałęsa kiedykolwiek zdradził w czasach, kiedy już stał się Sprawą – to zdradził tak samo, jak Balcerowicz i inni „transformatorzy”. Zdradził Samorządną Rzeczpospoltą, a nie Solidarność. Ona sama – Solidarność – go sprowadziła do huncwotowskich wymiarów, kiedy pojęła transformacyjny gambit. Dlatego wałęsowski BBWR i inne „czyny” okazały się farsą.

Dziś Wałęsa jest raz na zawsze zapisany zgłoskami fajnego koloru w księdze pamiątkowej Historii Świata, uprawianie na jego postaci ekwilibrystyki innej niż naukowo-historyczna jest małe i podłe. Nie przestanę też mieć pretensji do Losu o to, że kiedy Wałęsa chuliganił w latach 70-tych – ja marnowałem sobie życiorys jako podchorąży. No, niesprawiedliwość zwykła.

 

Jan Herman
O mnie Jan Herman

...jaki jestem - nie powiem, ale poczytaj blog... Więcej o mnie znajdziesz w książce Wł. Pawluczuka "Judasz" (autor mnie nie zna, ale trafił w sedno). O czym jest ta książka? O zmaganiu się człowieka z własnym losem, wiecznością, z Panem Bogiem. O miłości, zdradzie, rozpaczy i ukojeniu. Saszka, prosty chłopak z białoruskiej wioski, po rewolucyjnej zawierusze, podczas której doświadczył wszystkiego, wraca w rodzinne strony i próbuje żyć tak jak inni. Ale kiedy spotyka samozwańczego proroka Ilię, staje się jego najwierniejszym uczniem i apostołem... Opowieść o ludzkich głodach - seksualnym i religijnym - o związkach erotyki i polityki, o tłumionej naszej prawdziwej naturze, o nieortodoksyjnej, gnostyckiej i prawosławnej religijności, tajemnicy i manipulacji wreszcie.................................................... UWAGA: ktokolwiek oczekuje, że będę pisał koniecznie o sprawach, które są "na tapecie" i konkurował na tym polu ze znawcami wszystkiego - ten zabłądził. Piszę bowiem dużo, ale o tym najczęściej, co pod skorupą się dzieje, a widać będzie za czas jakiś.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (17)

Inne tematy w dziale Polityka