Mija niemal rok od czasu, kiedy całkiem na poważnie wyobraźnię Polski Elekcyjnej zajmują ludzie pokolenia, wyrosłego w czasach transformacyjnych. Dwie skrajne pozycje polityczne zajmowane przez rozedrgany „naród” (pochwała bezrefleksyjnej „przedsiębiorczości” versus apele o „gwarantowaną sprawiedliwość społeczną”) milczą o najważniejszym: Transformacja w Europie Środkowej (dla mnie to obszar pomiędzy Adiatykiem, Bałtykiem i Morzem Czarnym) to ostatnia w minionym tysiącleciu kolonizacja prowincji barbaryjskiej wyrwanej ze szponów Białego Misia. Dwugłowego. Po prostu Transformacja dla tej młodzieży jest oczywistym wehikułem, w którym od niemowlęcia wożona jest ona na tylnym siedzeniu i w ogóle nie doświadcza ona refleksji na taki oto temat: co to za wehikuł, dokąd i po co zmierza.
Ja zaś – wybaczcie dziadowskie śpiewy – zostałem wysadzony z innego wehikułu na ruchliwym skrzyżowaniu, więc choćbym nie chciał – przyglądam się, kto podjeżdża zapraszając na przejażdżkę.
Dwa bachory z tylnego siedzenia szczególnie mnie zajmują: Petru i Zandberg. Nie oni jedyni, ale ci akurat są strasznie rozbrykani. Wychowywano ich bezstresowo, czyli pozwalano na wiele nie dając po łapach i nie podnosząc głosu. Nie wypadało. Teraz zbieramy żniwo: całe ich jestestwo jest ulokowane nadal w kołysce, a Fortuna robi u nich za pokojówkę. Taki ma przydział, choć jest na śmieciówce.
Oczywiście, oba młokosy, choć już niebawem zaczną siwieć, nadal uważają, a przynajmniej pozują na takich, którzy wszystko zawdzięczają swoim nadzwyczajnym i nieprzemijającym talentom. Uważają Demokrację i Rynek nie za utopię, tylko za oczywistą oczywistość, a jeśli widzą, że przez stepy i morza różnorodności, wieloznaczności, swobody wyboru tną swoje marszruty rozmaite mamuty krążowników i pancerników, monopolizujące rzeczywistość i podporządkowujące sobie wszelki drobiazg odwalający zwykłą codzienną robotę – wtedy ogłaszają, że sednem rynku i demokracji jest chwała zwycięzcom. Czyli pieprzą bez sensu.
Po raz kolejny przytoczę przykład „rynku rolnego” w czasach „komuny” przebrzydłej. Prywatne gospodarstwa wiejskie (uprawy, hodowle, przetwórstwo), nierzadko skonsolidowane spółdzielczo, ale bez przesady – uchodzą w literaturze za przykład sektora prywatnego w czasach „socjalizmu”, tuż obok rzemiosła, prywatnej inicjatywy i tzw. wolnych zawodów. Tyle, że jeśli się przyjrzeć bliżej prywatnej gospodarce rolnej – to mamy kolejki i terminarze w sprawie „kampanii żniwnej”, „kampanii ziemniaczanej”, „kampanii buraczanej”, takież po materiały budowlane, siewne, po nawozy czy do POM w sprawie wynajmu sprzętu, mamy normy i standardy Centrali Nasiennej i podobnych instytucji, mamy kontraktacje. Jednym słowem – gospodarstwa prywatne były rzeczywiście wtedy, kiedy gubiły rentowność, bo kiepsko zarządzane mogło nawet przejąć Państwo.
Taka sama ściema dotyczy dziś Demokracji i Rynku. Polityki i gospodarki. Naiwnej gawiedzi wmontowuje się w czaszki słowa-wytrychy, a następnie się nimi kręci tak jak „każe potrzeba”. Mam przekonanie, graniczące z pewnością, że obaj panowie wyczuwają tę fałszywą nutę, ale – jak to chłopcy z tylnego siedzenia – jakby trochę wierzą w to co mówią, a kiedy to staje się ich racją polityczną – racja ta sięga samozakłamania.
Czytelnik zapewne oczekuje, że dokonam teraz wysypu wypowiedzi obu osesków. A poszukajcie sobie sami. Pełno tego. Powtórzę tylko: obaj są przekonani, że żyjemy w kraju demokratycznym i rynkowym, w którym brakuje tylko jednego: oddania miejsca przy pulpicie sterowniczym im, którzy lepiej niż „złogi peerelowskie” czy „stare solidaruchy” wiedzą, jak operować manetkami polityki i gospodarki. I nijak im nie wytłumaczysz, że sam fakt zainstalowania owego pulpitu sterowniczego – wszak na obcej licencji i za konkretny abonament na rzecz właściciela „patentu” – przekreśla wszelką rynkowość i demokratyczność.
Skoro tak myślą – to nawet reedukacja jest niemożliwa. Zwłaszcza, że sa najmądrzejsi na świecie, jak to bachory.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)