W Polsce można dziś przegrać sprawę karną, nie dlatego że nie ma się racji, lecz dlatego że skorzystało się z… oficjalnego rządowego systemu ePUAP. Tak, tego samego, którym państwo chwali się w Brukseli jako symbolem cyfryzacji na miarę XXI wieku.
Obywatel:
– składa zażalenie elektronicznie,
– podpisuje je profilem zaufanym,
– wysyła przed upływem terminu zawitego,
a potem dowiaduje się, że jego pismo… nie istnieje. Nie trafiło do sądu. Nie zostanie rozpoznane. Termin przepadł. Koniec.
Dlaczego? Bo ktoś uznał, że w postępowaniu karnym nowoczesność jest podejrzana, a papier – święty.
To nie jest drobny formalizm.
To systemowa pułapka, w którą wpadają setki (a być może tysiące) obywateli, przy czym nikt nie prowadzi statystyk —po co psuć obraz sprawnie działającego państwa?
Najbardziej groteskowe jest to, że list polecony z bazgrołem podpisu jest wystarczający, ale pismo złożone przez rządowy system już NIE!
Jeśli to ma być wymyślony kolejny jakiś standard wydumanej praworządności, to jest to standard z epoki faksu i pieczęci.
W Polsce:
– obywatel dowiaduje się, że popełnił błąd… po fakcie,
– a państwo rozkłada ręce: „procedura”.
To nie jest państwo prawa. To jest państwo formularza.
W innych państwach UE:
– liczy się realna wola procesowa obywatela,
– terminy nie są bronią przeciw obywatelowi,
– cyfryzacja poszerza, a nie ogranicza dostęp do sądu – jest sprzymierzeńcem obywatela.
I jeśli ktoś myśli, że to się nie skończy w Strasburgu — to się myli. Bo tam naprawdę zapytają, czy obywatel miał realny dostęp do sądu, a nie czy użył właściwego papieru.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)