0 obserwujących
468 notek
150k odsłon
  94   0

Zniesławianie osób (nie)publicznych

Kto decyduje i na jakiej podstawie, że w mediach można podać pełne dane obywatela A, natomiast nie można ujawnić pełnych danych obywatela B? Kto zna takie zasady? Jeśli Ty nie znasz, to nie martw się - sądy również nie znają!


Po niemal roku od katastrofy, wzięto się za innych pilotów, tym razem żywych, którzy byliby pewnie anonimowi do końca życia, gdyby nie tragedia i w zaistniałej sytuacji stracili status osoby nieznanej lub mało znanej, czyli niepublicznej. Ciekawe, na jakiej podstawie prawnej?


Media podają - "Porucznik Artur Wosztyl, pierwszy pilot Jaka-40, którym na uroczystości w Katyniu lecieli dziennikarze, w prasie nie przyznawał się do lądowania poniżej minimum. Z zapisów czarnych skrzynek Tu-154 wynika, że mówił, iż warunki gwałtownie się pogarszają, jednak nie odradzał kolegom lądowania. Po przylocie jaka w Smoleńsku próbował bez powodzenia wylądować rosyjski Ił-76 i cudem uniknął katastrofy. Rozbił się prezydencki Tu-154".


Porucznik w miarę szczęśliwie wylądował przez rozbiciem feralnego Tu-154M, ale jego pech ujawnił się niedawno - okazuje się, że lądował bez zgody rosyjskich kontrolerów. Wojska lotnicze były znane z tego, że piloci, jeśli będą musieli lecieć na akcję, to i na wrotach od stodoły polecą. Jeden z generałów, utrzymując konwencję tego typu powiedzonek, zadeklarował, że "wojsko nie zamierza niczego zamiatać pod dywan". Podobno tego pilota czeka postępowanie dyscyplinarne za lądowanie poniżej warunków minimalnych (może nawet stracić posadę), bowiem lądował w Smoleńsku, łamiąc regulamin lotów.


Faktem jest, że ów pilot niezbyt zdecydowanie odradzał lądowanie załodze prezydenckiego tupolewa, a nawet można doszukać się tonu zachęty do tego manewru. Ponieważ rosyjscy kontrolerzy lotów byli świadkami ryzykownego lądowania jaka z dziennikarzami, mimo niewydania zgody na przyziemienie, zatem mogli sądzić, że polskie samoloty mają na wyposażeniu jakieś cudowne natowskie urządzenia, umożliwiające lądowanie w całkiem niesprzyjających warunkach i że nasi piloci istotnie mają zadziwiające umiejętności, zwłaszcza że ich rosyjski ił nie poradził sobie na własnym lotnisku. To mogłoby wyjaśniać, dlaczego zamurowało ich podczas lądowania naszego pierwszorzędnego samolotu na ich trzeciorzędnym lotnisku i niezbyt okazali się im pomocni, a nawet - jak twierdzą niektórzy - świadomie wprowadzili ich w błąd (co wydaje się jednak nadużyciem). Z kolei nasza załoga, wiedząc, że ich kolegom udało się wylądować z dziennikarzami, to przecież im, z prezydentem na pokładzie, tym bardziej musi się udać. Nie udało się.


Bywają sytuacje, kiedy ludzie, mimo swej woli, zostają podawani z nazwisk w mediach, i to bez ceregieli - nikt nie zastanawia się, czy to osoby publiczne, czy nie, czy podanie nazwisk w aspekcie wypowiedzianych słów, nie przyniesie im ujmy. Media bywają bezlitosne. Dotyczy to zarówno żyjących, jak i nieżyjących już pilotów. I nie tylko pilotów, ale także osób (nawet) przypadkiem związanych z opisywaną katastrofą. Ale też nie tylko, bo i rozmaitych ludzi, którzy uczestniczyli w jakichkolwiek wydarzeniach, także podczas dyskusji na internetowych forach, gdzie wyznania, krytyka, pomówienia, domysły, spekulacje, to chleb powszedni i podstawa kwitnącego tam życia towarzysko-menelskiego. Dotyczy to osób mniej lub bardziej publicznych - pisarzy, studentów, doktorantów, inżynierów, dziennikarzy (w tym obywatelskich) płci obojga. Wystarczy, że ktoś tam zajrzy, coś napisze i może być ośmieszany, wyzywany, obrażany, zniesławiany oraz... ciągany po sądach, a to całkiem słusznie, a to całkiem niesłusznie. Gorzej, jeśli Temida traci rozsądek i wydaje kompromitujące wyroki.


Gdyby wspomniany pilot jaka (dotyczy to zresztą także poległych pilotów tupolewa) był kierowcą autobusu, taksówki lub ciężarówki, to występowałby pod niepełnymi danymi osobowymi. Dlaczego media niejednakowo traktują obywateli polskich, którzy znajdują się pod jednakową pieczą Konstytucji 1997? Dlaczego podają nazwiska pilotów, ale po wypadkach innych pojazdów, dane kierowców są ukrywane pod inicjałami?


Gdyby wcześniej na pasie lub w jego okolicy rozbił się nasz jak albo rosyjski ił, to tupolew, z oczywistych powodów, nie lądowałby i nie byłoby wieloletnich negatywnych następstw w stosunkach polsko-polskich i polsko-rosyjskich. Jeśli często mawia się "Bóg tak chciał", to czym się tutaj kierował? Całkiem inne rodziny opłakiwałyby swoich bliskich, sprawy odszkodowań nie byłyby tak szeroko omawiane (i byłyby one niższe!) oraz naciski na zmiany procedur także byłyby słabsze (może o nie Mu chodziło?). Byłoby znowu po polsku - "aby jakoś do kolejnej katastrofy".


Kamery rejestrujące zagrywane są kolejnymi ujęciami po pewnym czasie (w pętli i z oczywistych powodów) i nie można dotrzeć do nagrań incydentów (np. ulicznych), jeśli detektywi spóźnią się z ich zabezpieczeniem. Podobnie działają lotnicze czarne skrzynki. Okazuje się, że oficerowie sił powietrznych (oraz inni specjaliści lotnictwa, których mamy sporo) nie pomyśleli o tym zagadnieniu odpowiednio i skutecznie, i kiedy Jak-40 wystartował ze Smoleńska do Warszawy, nowe parametry nagrały się na poprzednie, jakże ważne, dane sprzed tragedii. W internecie można kupić (już za kilkaset złotych) kamery rejestracyjne (do montażu w aucie) rejestrujące jazdę pojazdu. Gdyby takie kamery były w tupolewie, to mielibyśmy już odpowiedzi na niemal wszystkie padające pytania, choć oglądanie ich byłoby - z oczywistych powodów - zastrzeżone wyłącznie dla śledczych. Wracając do tych fachowców - jakim oni wykazali się refleksem? A wymagali od załogi tupolewa wykonywania perfekcyjnych manewrów i podejmowania decyzji w parę sekund, podczas gdy oni mieli znacznie więcej czasu i... też spartolili. Czy podane będą ich nazwiska w mediach?

Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale