Szukam słów, ale nie wiem czy jest sens, bo obrzydzenie mnie zwyczajnie wzięło. Muszę zwrócić.
Chodzi o formę, bo poza nią nic więcej w telewizorze nie widzę. Może jeszcze tylko tę korespondującą z formą coraz bardziej nalaną gębę. Emocje, gdy słucham tego człowieka już dawno nauczyłem się kontrolować, dlatego obrzydzenie jest jakieś takie fizyczne. Co za zdumiewający całokształt. Taż to ewidentnie wzorzec jakiś. Dzieło epokowe. Forma skończona.
I ta interesownie splugawiona kłamliwa zawartość - największa tragedia. Rzyg. Znaczy zwracam tę treść.
Nie jestem politykiem nie muszę udawać, nie kupuję tego kłamstwa. Nie kupuję tej ordynarnej prostackiej religii. Pomijam to, kto jest winny tego idiotycznie niezwykłego wypadku komunikacyjnego. Mówię tylko, że jako zwykłego szarego człowieka śmierć prezydenta, papieża czy innego celebryty nie obchodzi mnie tak, jak odejście mojego bliskiego. Śmierć albo śmierć. Ta właśnie splugawiona w telewizorze przez tę Formę, ta skumulowana generałami i księżmi pułkownikami wtedy przez polityków, była pracowicie zapracowana. Jak walący w drzewo na zakręcie kretyn. Największa tragedia.




Komentarze
Pokaż komentarze (22)