1. Dwukrotnie droższymi maseczkami bez certyfikatów okazjonalnie zahandlował znajomy Szumowskich, Andrzeja Dudy, Jacka Kurskiego i możliwe że i innych pisowskich narciarzy. Czyli swojak. Nie mający nic wspólnego z branżą, w której zrobił interes życia.
2. Żądanie zwrotu pieniędzy przez Ministerstwo Zdrowia wystosowało 40 dni po transakcji. Oficjalny powód brak certyfikatów.
3. Transakcja od samego początku realizowana była SMSami - tym ciekawiej zatem musi wyglądać umowa między kontrahentami.
4. Większość (jeśli nie wszystkie) maseczek została zużyta - zatem nie ma żadnych podstaw do reklamacji, czyli do zwrotu pieniędzy. Ministerstwo musi to wiedzieć, więc żądanie zwrotu pieniędzy jawi się jako wyłącznie spóźniona zasłona dymna.
5. Znajomy Szumowskich, Dudy i Kurskiego faktycznie mógł podpisać umowę, która zobowiązywała go do dostarczenia certyfikowanego sprzętu, co dawałoby jakieś szansę Ministerstwu na wygraną sprawę w sądzie. Ale niewielką.
6. Złożenie zawiadomienia do prokuratury gdy mleko już się wylało, jest jedynym kołem ratunkowym dla zamieszanych w tę aferę. Wiemy o co chodzi i gratulujemy refleksu.
7. Transakcja jest ewidentnym oszustwem. Dlatego ewentualna niewinność dealera maseczek automatycznie wskazuje jako oszustów wszystkich w tym dilu uczestniczących. Mam rację?
Patronuje całej tej akcji zarówno nagła zmiana zdania min. Szumowskiego odnośnie noszenia maseczek, jak i postawa zamieszanych w nią urzędników Ministerstwa Zdrowia, którzy stali za wprowadzeniem art. 10c do specustawy koronawirusowej. Zapewnia on bezkarność sprawcom przestępstw z art. 231 i 296 kodeksu karnego. Ewidentnie na tej popieranej przez siebie ustawowej zmianie skorzystali. Pozostaje do ustalenia zakres korzyści. Albo do zamiecenia.
To teraz o co się - licząc na wsparcie Krystyny Pawłowicz - modlimy?
1. O Polskę?
2. O PiS?



Komentarze
Pokaż komentarze (15)