Mówiąc otwartym tekstem, Andrzej Duda niczym Rejtan postanowił obronić wolność słowa w Polsce przed PiS. To znaczy z przynależną tylko jemu (może jeszcze tylko Jasiowi Fasoli) teatralizacją taką obronę własnym ciałem zadeklarował.
Znamienne jest to, że oratorsko broniąc wolności słowa, odnosi się do przestrzegania umów zgoła gospodarczych, handlowych. Czyli precyzyjnie wskazuje determinanty, które nim kierują. Zatem niby honor, a w zasadzie pieniążki. No bo za chwilę na tapecie solidne odszkodowanie, a w tle potężne straty gospodarcze. Gdzie tu miejsce na demokratyczne wartości?
Wychodzi przy okazji, że próbując odebrać Polakom wolność słowa, o cenie tej swojej za przeproszeniem repolonizacji nawet nie pomyśleli. Co w zasadzie jest dziwne, bo gdy Kaczyński samodzielnie sprzedawał polskie gazety obcemu kapitałowi, albo oskubywał Austriaka Bilgfellnera, to o pieniądzach bynajmniej nie zapominał. No ale wtedy to jakby ściślej dotyczyło jego osobistej kieszeni.
Teraz skok na kasę ściślej łączy się z wolnością słowa, stąd pewne przejściowe kłopoty. I stąd trup Dudy, po którym, jak liczy na to Kaczyński, być może przejadą Abramsy.





Komentarze
Pokaż komentarze (4)