Przed? Ano oczywiście że przed najgorszym. Ale ten detal na końcu. Najpierw skąd ta tytułowa - nienowa przecież - koncepcja wynika.
Bo całkiem możliwe, że tutejsza blogerka dokonała epokowego odkrycia w temacie instytucji małżeństwa. Wg niej małżeństwo zostało wymyślone po to, by kobieta - i w konsekwencji jej potomstwo - przetrwali.
Odkrywcza ta blogerka przy tym twierdzi, że mężczyzna już z natury rzeczy jest znacznie mniej przywiązany do dziecka. Z natury łajdackiej oczywiście, choć zakładanie przez blogerkę, że mężczyzna nie może być pewny ojcostwa z powodu świadomości tylko własnego łajdactwa, jest nie tylko dyskryminacyjne, ale i jakoś tak przewrotnie obłudne.
Aczkolwiek rację ma blogerka, że pewności chłop łajdak jednak zawsze ma mniej, niż np. chcąca się ustawić w życiu "na dziecko" łajdaczka. Jej instynkt przetrwania może pewności co do ojcostwa dać nawet takiej, jakiej dał swego czasu pewnej prezydenckiej córce. Pozwoliło to oczywiście owej prezydentównie i jej dzieciom przetrwać. I to przetrwać niezależnie nawet od tego, że ojciec tym razem przywiązany do dziecka ewidentnie był.
Czyli instytucja małżeństwa to koncepcja ze wszech miar słuszna i poniekąd skuteczna, ale tylko do momentu, gdy nie przywiązany do kobiety i dzieci mężczyzna postanowi się rozwieść. Wtedy kobieta z potomstwem musi ponownie wyjść za mąż, by zarówno ona jak i potomstwo przetrwali. No ale zostajemy przynajmniej przy tym, że małżeństwo nadal jest społecznie potrzebne. Aczkolwiek jak nas uczy przykład prezydenckiej córki, dokładnie tak samo potrzebne są również i rozwody...
A teraz zastanówmy się, skąd tak naprawdę w rodzinach - w małżeństwach - bierze się przemoc.
Będziemy oczywiście wymieniać alkohol, patriarchat, niedopasowanie małżonków i całą resztę tego w zasadzie tylko tła. Tymczasem, czy właśnie nie stąd ta przemoc, że instytucja małżeństwa społecznie i kulturowo jest na tyle uniezależniającym kobietę i dzieci czynnikiem, że małżeństwa, które absolutnie nie powinny już dłużej funkcjonować, w imię tylko tego fetyszu kulturowego jakim jest właśnie instytucja małżeństwa, patologicznie wciąż funkcjonują? Na przykładzie prezydenckiej córki doszliśmy już do pewności, że rozwód czasem jest jedynym sensownym rozwiązaniem.
I jeśli na małżeństwo spojrzeć tylko z perspektywy zawierających między sobą umowę dwojga ludzi, to im to całe małżeństwo (z możliwością rozwodu) do szczęścia i trwałości ich związku potrzebne tak naprawdę nie jest. Chcącym być razem instytucja małżeństwa w utrzymaniu stadła ani nie pomaga, ani nie przeszkadza. Zarówno w związku małżeńskim będącym, jak i żyjącym "na kocią łapę".
Natomiast wspomniana blogerka zdaje się utrzymywać, że kobieta i jej potomstwo mają znacznie większe szanse przeżyć, gdy kobieta i mężczyzna podpiszą jakiś jeden papierek. Jej rozumowanie wymusza sytuację, że powinni go podpisać bez możliwości unieważnienia podpisu. Bowiem wg owej blogerki jakiekolwiek "życie na kocią łapę" zwiększa śmiertelność kobiet i dzieci. Nie będzie małżeństwa - ryzyko śmierci wg tej nieprzypadkowo mądrej kobiety statystycznie wzrasta.
Ale to jeszcze nic. Jeśli pisałaby to naprawdę troszcząc się o życie kobiet i dzieci, to jej rozumowanie wymusza też przecież bezwzględny zakaz "życia na kocią łapę"...
No ale na to na szczęście w swej mądrości już nie wpadła, co może jednak świadczyć, że ona tylko z tą śmiertelnością w wolnych związkach "tak sobie żartowała" .



Komentarze
Pokaż komentarze (11)