81 obserwujących
1053 notki
739k odsłon
  342   0

Czy spowiadanie dzieci może ocalić wspólnotowość Polaków?

Wpierw jednak pytanie, czy w ogóle Kościół może być czynnikiem wspólnotowości w Polsce. Czy angażując się politycznie buduje wspólnotę, czy podział. Jeśli chce być silną autorytarną wspólnotą, może oczywiście dać się łatwo uwieść nurtom politycznym, które teoretycznie gwarantują ściślejszą i zgodniejszą współpracę z Kościołem instytucjonalnym. Ale będzie tylko ich zakładnikiem. Zdradzać przysłowiowego Jezusa będzie musiał każdorazowo, gdy pomyślność jego politycznego koalicjanta będzie tego wymagała. To gotowy przepis na stanie się Antykościołem. Antywspólnotą.

Odnoszę wrażenie, że nie wie tego wielu katolików. Między innymi Andrzej Wielowiejski, który wciąż żyje mitem wspólnotowości Kościoła. Ma do tego prawo, bo prawie całe swoje życie przeżył w sytuacji, w której Kościół oficjalnie nie wspierał władzy, a władza oficjalnie nie wspierała Kościoła. Wszystko się odbywało w kuluarach. Państwo było świeckie, a lud był religijny. Tylko teczki trzeba było spalić by ocalić wspólnotę...

Kościół nie mieszał się do socjalistycznego rządzenia, rządzący nie mieszali się Kościołowi w mojżeszowe przykazania. Symbioza. Na pewno nie pełna, ale skutkująca m.in. tym, że za Gierka socjalistyczne państwo wybudowało rekordową liczbę Kościołów. Państwo pozwalało na wspólnotowość, bo wspólnotowość jest każdej władzy na rękę. 

Aż do Okrągłego Stołu dopuszczeni zostali bracia Kaczyńscy, którzy podobnie jak kilku im podobnych wspólnotowość mieli zwyczajnie gdzieś. Gdy tylko zwietrzyli swoją szansę, Okrągły Stół zaczęli wywracać. Wybrali metody intryganta Tadeusza Rydzyka, nauki Jezusa Chrystusa zostawiając frajerom. Kremówkowa wspólnotowość poszła się pieprzyć. Kościół stał się agresywny i roszczeniowy. 

Co to wszystko ma wspólnego z tym, że Andrzej Wielowiejski nie widzi wspólnotowości nigdzie indziej, niż w Kościele? Nie widzi, ponownie dodam, ponieważ innej, niż ta poniekąd wymuszona przez komunistów na Kościele nie zna. 

Ano to, że nigdy po II wojnie światowej Polacy tak naprawdę wspólnotą nie byli. Chociaż za komuny byli większą wspólnotą niż za kaczyzmu, który pozorność wspólnotowości opartej na fanatyzmie religijnym, a dawniej na misterium pozorów i odpustowości tylko obnażył. 

Nie chcę Andrzeja Wielowiejskiego nazywać fanatykiem religijnym, ale jeśli będzie dzieci chciał przysposabiać do wspólnoty wyłącznie przy udziale organizacji, która nie posiada do tego absolutnie żadnych, poza infrastrukturą i ideą "aby było tak ja było" kompetencji, to nie będę miał żadnej alternatywy. Skrzywdzę tym mianem.


Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale