Jakimś cholernym trafem, nie najgorzej przecież działająca ‘ostrożność procesowa’ (obrazujący przykład o co chodzi), nie pozwala PiSowi rozwinąć skrzydeł. Prezes się miota – od deklaracji odstawienia narkotyku smoleńskiego do szaleńczego „brania” – a słupki stoją a nawet są przeciw.
Sondażowo PiS znowu spadło. I absolutnie nie należy winić wyłącznie Gmyza, jak i jego niespodziewanie gładko ujawniającego chronionych dotąd jak największa świętość informatorów, szefa. Numer z trotylem zdrowo jest postrzegać w należnych proporcjach – jak jeno klocuszek smoleńskiego kłamstwa. A samych partaczy jak małe mróweczki potrzebne PiSowi. By zbudować duży zamach potrzebnych jest dużo małych zamaszków.
„Ostrożność procesowa” pozwala co prawda partii operować pewnym zestawem insynuacji i pomówień, lecz zestaw ten zarazem poważnie ogranicza. Najważniejsze ograniczenie to to, że zamachowcy nie potrafią zbudować swojej zamachowej wiarygodności. Są w głoszeniu św. Zamacha sztuczni i niewiarygodni.
Deklarowane wolty prezesa by odejść od retoryki zamachowej bezlitośnie demaskują prezesa niewiarę w sam zamach, i zarazem niewiarę, że można na tym kłamstwie zyskać sondażowo. I trudno odmówić jego niewierze racji...
Każde odważniejsze odejście od „ostrożności procesowej” czy wizerunkowej w kontekście Smoleńska – jak ostatnie trotylowe – skutkuje tylko krótkotrwałym małym skokiem do przodu, a następnie nieuchronnym przewróceniem się na zamachowy nos. Okłamać blisko czterdziestomilionowy kraj jest niezwykle trudno.
Wydaje się, że łatwiej podpalić… A to, od lat nie potrafiący przeskoczyć słupków sondażowych zamachowcy doskonale już wiedzą. Ale wiedzą też inni, i nic dziwnego, że coraz częściej będziemy słyszeć o potrzebie wsadzenia podpalaczy do więzień.




Komentarze
Pokaż komentarze (11)