Co zrobić by Polska nie straciła ważnej myśli – czyli pisany na kolanie traktat za wykluczaniem.
Czy widział ktoś kiedyś dobrego dziennikarza gardłującego o czytność? Pytanie, pomimo, że stawiane w warunkach wolnego rynku i tak wydaje się naciągane i prowokacyjne i podejrzewamy nawet dlaczego. Ale pokombinujmy chwilę, bo choć sprawa wydaje się oczywista, to od czego mamy wyobraźnię. Założyć niestety musimy za to jedną rzecz. Oprócz dobrych mogą być i lepsi, no a skoro ktoś jest dobry, to i na tyle niegłupi, że fakt istnienia lepszych od siebie bierze bohatersko na klatę i środków na życie szuka w innej branży. Nie każdy chce być kelnerem, ale nie każdy będzie szefem kuchni.
Przed kapitalizmem – czyli jeszcze gdy Kaczyńscy robili doktoraty czerpiąc z Lenina – wyobraźnię oprócz dziennikarzy posiadała też władza, znaczy łożąca na kształcenie Kaczyńskich komuna. W związku z tym dobry dziennikarz szanował ten jej nadmiar zdolności i pisał pod pseudonimem, bowiem wiedział że system nie premiuje mazgajstwa. Wystarczyło wtedy wymyślić sobie pseudonim i już się było niezłym dziennikarzem.
Dzisiaj zatrudniają nazwiska. Na nazwisko trzeba sobie zaś zapracować. Numer na robienie za drugi czy trzeci obieg żadnego kapitalisty nie wzruszy. Zresztą nie mam misji tłumaczenia dorosłym już przecież mazgajom prawideł rynku - ludziom tak doskonale niechętnym rozdawnictwu i sztucznym ułatwieniom a za wolnością wszelaką, w tym gospodarczą czy pewnie też kulturową, intelektualną.
Sporo na tym świecie da się zmierzyć podażą i popytem. Nie inaczej będzie z dziennikarzami. Tych pożądanych, z pocałowaniem ręki wchłoną pożądane z kolei przez odbiorców tytuły i redakcje, ekosystem w naturalny sposób się domknie. Nie ma w tym żadnej Magii czy Układu. Dziennikarz potrafiący trafić do odbiorcy, potrafiący otworzyć jego portfel o robotę gardłować nie będzie musiał. Dziennikarz wzywający do strzelania innych, krzyczący w warunkach wolnego rynku o swojej drugoobiegowości czy inny skupiający się na trąbieniu o wykluczeniu go z dyskursu jest zwyczajnie śmieszny. Dyskurs zakłada, że obie strony się w siebie wsłuchują. Popyt i podaż.
I jedyna rada dla wszystkich (samo) wykluczonych, to by spróbowali między sobą wyłonić tych lepszych i jeszcze lepszych, zainwestowali własne pieniądze i postawili na konkurowanie między sobą. W niszy, którą sobie sami przecież wybrali... a skoro jest to póła prawicowa... to właśnie tam rywalizujemy z konkurencją. Uzyskają i jakość, i nauczą wsłuchiwać się w rynek, dostosują do niego. Gmyzom, Gadowskim, Sumlińskim, Kaniom i innym śledczym zapewnią dobrze płatną pracę gońców i r(d)oznosicieli, kilku innym podziękują za wspólną quasikombatancką przygodę, a sami staną się mainstreamem...
Bo na razie, przygarniając każdego podpisującego się 'Wykluczony' czy 'Drugoobiegowy' tworzą co prawda ilość, ale też i bezpłciową ławicę. Łatwą do wchłonięcia przez rynek, który to doskonale jednych premiuje a innych wyklucza.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)