Jakkolwiek wyrozumiale nie interpretować agresywnej polityki Jarosława Kaczyńskiego, tłumaczyć niefunkcjonalną rodziną, nieprzystosowaniem społecznym, licznymi klęskami zawodowym, kompleksami czy w połączeniu z nimi robiącym prawdziwą mieszankę wybuchową przerośniętym ego, to nie sposób nie zauważyć, że mówimy o człowieku prawie siedemdziesięcioletnim, bliskim raczej emerytury niż rozkwitu jego kariery politycznej. Człowieku w pełni świadomym, że z nikim nie jest w stanie stworzyć trwałej koalicji – a więc świadomym swojego destrukcyjnego charakteru. Czyli polityku fatalnie rokującym, bo nie ukrywającym, że będzie jeszcze bardziej sobą...
Uzależniony od – jak to trafnie nazwał Janusz Palikot – zarządzania złymi emocjami. Zgorzkniały, przegrany polityk, który kolejny raz oszukuje sam siebie, że jest w stanie stworzyć siłę polityczną, którą poprze nie tylko około 30% uczestniczących w wyborach uprawnionych do głosowania – 2 mln. Polaków – ale i obrażani dzisiaj przez niego, a w przyszłości być może potrzebni mu do rządzenia koalicjanci.
Mówiąc w skrócie, negatywny elektorat, jakiego nie dorobił się nigdy żaden polityk polski, jak i negatywnie wpierw przygotowywani przez Kaczyńskiego, a potrzebni mu w przyszłości, partnerzy polityczni, są jego kamieniem u szyi. Tak sobie pan prezes raczył pościelić i tak będzie się już po kres swoich politycznych dni wiercił.
I jakkolwiek ostro nie brzmią dzisiaj słowa Janusza Palikota:
to one też nie wzięły się z powietrza. A jeżeli pan Jarosław Kaczyński tak sądzi, to miłych snów.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)