Gdy usłyszałem, że jacyś bracia zakonni za pomocą oddanej im w opiekę młodzieży - omijając przy tym zarówno stosowne przepisy jak i wykazując skrajną nieodpowiedzialność - mogli spowodować zaimportowanie do Polski oryginalnego wirusa Ebola, natychmiast przypomniałem sobie o okolicznościowych, odnoszących się właśnie do Eboli, słowach pewnego wziętego medialnego kaznodziei, że lekarstwem na śmierć jest Jezus Chrystus. Zgrabne powiedzonko. Mniej więcej tak samo, jak powiedzenie, że lekarstwem na głupotę jest żółty ser. Ale rzecz nie w poetyce. Chodzi o takie wdzieranie się doktrynalizmu/fanatyzmu w ludzkie losy, które powoduje wymierne i trudno naprawialne szkody.
Nonszalancja, z jaką w imię doktrynalnej krucjaty część zawodowych inżynierów dusz traktuje ludzkie życie, bezpieczeństwo, pomyślność, a lecąc dalej; praworządność, wiedzę, naukę i praktycznie wszystko co może im w ich misji przeszkodzić, wielokrotnie już powodowała w historii zagładę milionów istnień.
Zasługi KK w rozprzestrzenieniu się AIDS w Afryce już znamy - miliony zabitych, miliony osieroconych, miliony kolejnych ogłupionych kościelnym nauczaniem opartym na horrendalnym zabobonie, że prezerwatywa to grzech, to tylko odmiana wspomnianej ignorancji; lekarstwem na śmierć jest Jezus Chrystus.
Za chwilę przekonamy się jak ideologiczna szajba będzie współpracować z kolejnym wirusem. Na przygodę z Ebolą jako pierwsi ruszyli bowiem właśnie kolejni skutecznie przekonani, że najlepszym lekarstwem na świecie jest Jezus Chrystus. Mający zapewne w pamięci również i lekcję, jakiej praworządności i przepisom - prawu - udzieliło tzw. "Sumienie Chazana". Już słychać głosy, że - podobnie jak znęcajacy się nad pacjentkami dyrektor szpitala - to bohaterowie.
Czy ta organizacja przypadkiem nie zagraża już nie tylko sprawnemu funkcjonowaniu państwa, ale i bezpieczeństwu i zdrowiu obywateli?



Komentarze
Pokaż komentarze (59)