Podsłuchane nudne pogaduchy „U Sowy” jednak się nie zmarnowały. Po początkowym falstarcie dostają szansę na drugie życie. I co było do przewidzenia, z etykietką PiS. Co za tydzień. Najpierw spalone konta w Luksemburgu, a zaraz potem to. Zwykły kelner, któremu główny oskarżony regularnie wypłacał grubą kapuchę, zeznaje, że zaraz po wpadce sponsor karmił go zapewnieniami, że po przejęciu władzy przez PiS wszystko będzie dobrze. Będą wysokie nagrody oraz immunitety względem czynów karalnych. Takie obietnice nie zwykły być blefem, bo implikują dodatkowe i znacznie poważniejsze kłopoty dla blefującego. Słów o przewrocie w państwie też zwykły kelner nie słyszy codziennie.
W intencji lepszego państwa tak starannie selekcjonowano nagrywanych, że próżno w podsłuchach szukać właśnie ujawnionych w śledztwie beneficjentów/autorów zapowiadanego przewrotu. No ale oczywistą oczywistością jest, że bez powodu najważniejszych osób w państwie nikt nie będzie nagrywał. I że na pewno nie będzie to żaden przypadkowy realizator dźwięku, ani pierwszy lepszy patriota.
Na razie są zeznania podsłuchiwaczy i jest doskonale zsynchronizowana z ich wpadką utrata zainteresowania losem śledztwa tych, którzy podsłuchy z entuzjazmem publikowali. Główny oskarżony i zarazem główny na obecną chwilę gwóźdź do trumny PiS twierdzi, że to zwykły kelner próbował obalić rząd. I to dokładnie ten, któremu wypłacał napiwki z bankomatu. Znaczy cały czas wiedział, że kelner obala rząd, więc słono mu płacił by nie obalał. A przypomniało mu się to dopiero po zeznaniach obciążającego go o to samo kelnera.
Dla PiS sprawa jest o tyle skomplikowana, że handlarza opałem prezes Kaczyński efektownie urlopować z partii jak luksemburskiego senatora niestety nie może. A niby tylko niewinne merdanie ogonem jest przecież dowodem przywiązania, więc odpędzić nawet niewygodnie merdającego jest trudno.


Komentarze
Pokaż komentarze (22)