Tak się zastanawiam, dlaczego niektórzy, właśnie w okresie zalecanego wzmożonego uważania na słowa – a takim bez wątpienia są wybory – popełniają najczęściej błędy. Co właściwie mami/usypia tę ich podwyższoną przecież czujność, że w swych wypowiedziach właśnie wtedy zostawiają zaprzaństwu najszerzej rozwarte wrota.
Weźmy takie intensywne i prawdziwe. Przecież jeśli odpustowy handlarz chce nam sprzedać jakiś towar, dajmy na to cudowną maść na mendy pędzoną na wodzie z groty w Rumunii, a na stoliku ma towar kilku producentów, to przy założeniu, że jest gorącym lokalnym patriotą, a towar rodzimego wytwórcy reprezentuje mu na ceracie tylko jeden produkt, jego poprzestanie na skromnym; intensywny i prawdziwy absolutnie nie gwarantuje wspomożenia rodzimego biznesu. Przyjdzie taki, który woli lepsze, intensywniejsze i jeszcze prawdziwsze, i dywidendy znowu trafią wiadomo do kogo.
Inaczej, gdy przekupień odwoła się dodatkowo do swojego lokalnego katolicyzmu, który jak wiadomo jest najwyższym stopniem rozwoju duchowo moralnego. I właśnie na tym, zachowując szczególną czujność koniecznie musi się skupić. Tylko stopień najwyższy. Ograniczenie się do zareklamowania produktu tylko jako lokalny, i tylko intensywny/prawdziwy, w przypadku gdy produkt nabywa akurat klient nieco bardziej otwarty na świat niż nasz kramarz, bardziej wyrobiony estetycznie i mniej zwracający uwagę na krzykliwe opakowanie, ale dalej jednak szukający najlepszego towaru, również rodzi niebezpieczeństwo niedostatecznego zmotywowania klienta.
Pamiętajmy moi drodzy. MY mamy towar zawsze NAJLEPSZY! Czyli najintensywniejszy i najprawdziwszy.
Tak więc na słowa uważać. Nie pozwolić by kropkę nad i postawił przeciwnik. Czyli jakiś taki postępowy katolik. W tym co robimy musimy być jeszcze bardziej postępowi. Nawet jeśli jest to tylko katolicyzm.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)