nerwica eklezjogenna nerwica eklezjogenna
710
BLOG

Jarko i Rokosz

nerwica eklezjogenna nerwica eklezjogenna Polityka Obserwuj notkę 25

Królestwa Jarko nie dostał po mieczu. Na wszystko musiał zapracować sam. Był co prawda przysposabiany na królewicza, ale w tamtych czasach na każdym podwórku szlachetnie urodzonych było więcej niż psich kup. Tym bardziej więc bycie nie z podwórek czyniło Jarkowi doświadczanie stanu królewiczego bolesną udręką. Czasy były parszywe. Pospolicenie szlachetnie urodzonych stało się plagą równą zanikaniu analfabetyzmu wśród podwórkowych. To wtedy matka kupiła mu pierwszą sterylną kuwetę i zabroniła zapuszczać się w nieczyste podwórka. Odczytał matczyny przekaz bezbłędnie, poprzysiągł, że nie poprzestanie, aż ostatni podwórkowy łżekrólewicz nie zrezygnuje z funkcji.

Jednocześnie wyniósł z rodowego gniazda umiejętność kamuflażu, który dla lepszego zwiedzenia wroga nazywał konspiracją. Zaczął od nieprzyjęcia chrztu, co wobec czasu, w którym panowali wrogowie lepiej urodzonych było jego osobistą najwyższą ofiarą; zważywszy na brak konta. Odtąd już zawsze działał pod przykrywką. Pasowanie na akademika okupił samoindoktrynowaniem bezbożnymi wersetami wschodnich mędrców. Najeźdźcy i zaprzańcy mogli mu skoczyć, ryzykowanie przyszłości królestwa tanim lansowaniem się w lochach było zbyt niebezpieczne. Jako jedyny prawdziwy królewicz nie mógł ryzykować.

Gdy przyszedł czas, niezauważalnie zaatakował. Jako pierwszy rozgryzł zakulisowe knowania, które na zawsze już miały granice macierzy oddać we władanie heretyckich demokratur, tłustych dominiów i semickich bankierów. Wyczuwając wiatry dla prawdziwie polskiego kapitału postanowił, jak w czasach omijanych podwórek, stanąć po drugiej stronie.

Latami tyrał za dwóch. Na ziemi i w powietrzu. W koalicjach i wśród agentury. Bez chrztu, bez wsiadania na konia i bez królewny. Podchodzony, równany z szambem i skibą kartoflaną, ograbiony z mediów. Niezrażony i otoczony rzeszą oddanych giermków. Razem podbijali wsie i miasteczka, razem wieszali na hakach, razem składali taktyczne hołdy lenne sekretnym namiestnikom papieskim, wykorzystując ich media. Uczciwość swoich sprawdzał gotowością czyszczenia specjalnie wystawionej do tego celu symbolicznej kuwety. Ćwierć wieku wróg stawiał opór. Lecz Jarko w wolnym i bezpardonowym słowie nie ustawał – ciemny dotąd lud w końcu Prawdę o grabieżcach i łżekrólewiczach kupił! Łaknął zbawienia macierzy tak, jak płaczących wierzb i wieszania łżekrólewiczów.

Tak doczekał dnia dzisiejszego. Przedefiniował doktrynę, z emerytowanego Zbawcy Narodu okrzyknął się przed lustrem przedemerytalnym Absolutnym Reprezentantem Narodu. Z dam od kawy i posługujących mu ministrantów zrobił prawdziwych królewiczów i królewny. Dwór zaczął recytować piękne wyzwoleńczo nacjonalistyczne wiersze, wyśpiewywać rozrachunkowe arie, wdziewać piękne maski. W planach było nawet jedzenie nożem i widelcem.

Pozostała ostatnia przeszkoda. Zrezygnować z funkcji musiał istniejący ustrój, jakże niepasujący do Absolutum Dominium, o które Naród bił się na miesięcznicach i niezależnych portalach. Strażnicy demokratur trzymali się bez honoru. Bronili 25 letniej nienależnej krwawicy szczękościskiem i zachłannym skurczem szponów. Rokosz stał się faktem. Jarko mógł spełnić swoje najskrytsze marzenie.

Zaciśnięte na szpetnej i dławiącej szczęśliwość i dobrobyt Narodu Konstytucji wraże macki postanowił odrąbać w sposób nie tylko prawy i sprawiedliwy, ale i dziejowo słuszny, zgodny z Tradycją.

Jarko zrobił w końcu ten krok i stanął tam, gdzie stało...
 

 

Bóg to za mało

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (25)

Inne tematy w dziale Polityka