Historyjka zaczynająca się od pozorowanego cięcia żył w kościele nie może zakończyć się poważnie. Puszczane do publiki oko akcentowane jest zbyt czytelnie. Wiarygodność twórcy nie odgrywa wtedy żadnego znaczenia, konwencja wymaga tylko dokładania kolejnych gagów i skórek od banana. W tym przypadku sprawa wymaga że kolejnych zamachów na siebie. Zaś autoironia i dystans do siebie i swojego środowiska znakomicie pozwalają lekceważyć fakty. Historyjka od początku planowana jest jako autotragikomedia, za to z mocy jakiejś wzniośle niedefiniowanej nadziei. Czyli dowolnych mrzonek.
W hecy najbardziej obecnie znanego w Polsce plagiatora nie chodzi bowiem o niego, a o mechanizm, który jego środowisku umożliwia zakładać jakiś automatycznie uświęcający ich pas cnoty. Mechanizm, który środowisku potrzebującemu i potrafiącemu pisaną przez siebie z wielkiej litery Prawdę, umożliwia wspomagać zwykłą kradzieżą i kłamstwem.
Mechanizm eksploatowany przez plagiatora wystarczająco oddają dwa krótkie cytaty. Starszy: Im większe kłamstwo, tym ludzi łatwiej w nie uwierzą. I w zasadzie ten sam, tylko odświeżony: ciemny lud to kupi. Beznamiętność i wręcz robotyzm plagiatora też w tym mechanizmie – oprócz najważniejszego, czyli jego wiarygodności – mówią swoje.
Cała trójka wspomnianych propagandystów nie kryje swoich profesji. Propaganda nie jest wszak karana. Dobrze uprawiana gwarantuje wręcz sławę i awanse. Partaczona i wspomagana przestępstwem niekoniecznie.
Dlatego historyjka wcale nie musi skończyć się zabawnie czy choćby tylko propagandowym sukcesem. Miłośnik Chandlera MacLeana i pewnie dziesiątków innych gapowato zapomniał, że między okradanymi jego mistrzami a nim, są jeszcze inni okradani przez niego twórcy:
...Jeśli wierzyć „GW” z 11 stycznia (a ja, zapewne w przeciwieństwie do pana W.S., wierzę), na spotkaniu z kibicami na Jasnej Górze W.S. „zapowiedział pozwy do sądów przeciw wszystkim, którzy go będą szkalowali”. Wobec tego oświadczam panu Wojciechowi Sumlińskiemu co następuje:
- w książce „Niebezpieczne związki B.K.” popełnił Pan plagiat;
- plagiat to kradzież;
- kto popełnia kradzież, jest...
Wniosek końcowy niech Pan sobie dośpiewa na zasadzie żartu z logiki ukutego przez dawnych żaków, zwanego paradoksem pijaka: Quid bibit, dormit; quid dormit, non peccat; quid non peccat, sanctus est; ergo – quid bibit, sanctus est. („Kto pije, śpi; kto śpi, nie grzeszy; kto nie grzeszy, jest święty; a zatem – kto pije, jest święty”).
Liczę, że czuje się Pan tym stwierdzeniem należycie szkalowany. Wzywam więc do podania mnie do sądu, zwłaszcza że w tych ponurych czasach przyda nam się ciut rozrywki, a myśl o porównywaniu na sali sądowej Pańskich dokonań twórczych z pisarstwem innych przywołuje powiedzenie „zabić śmiechem”.
Żeby jednak przypadkiem nie przyszło Panu do głowy, że nawołuję do fizycznej Pana likwidacji (ups, „wygaszenia”), wyjaśniam – wielkie jest podobieństwo, że przegrawszy głośny proces o plagiat, kolejny zresztą, zostanie Pan zabity nie jako człowiek, tylko jako autor. Śmiechem właśnie.
P.S. W swojej odpowiedzi adresowanej do „Newsweeka” napisał Pan, że jakoś nikt nie kwapi się z podaniem Pana do sądu. No cóż, na razie to ja czekam na spełnienie Pańskiej zapowiedzi z Jasnej Góry i pozew. Ale jeśli zabraknie Panu odwagi bądź tekstu źródłowego, z którego da się zerżnąć przytomny pozew, to chętnie wyświadczę Panu tę uprzejmość i sam podam Pana od sądu o plagiat i osiągnięcie nienależnych korzyści, w tym majątkowych, dzięki kradzieży moich zdań. I coś mi mówi, że nie będę w tym zbożnym dziele jedyny...
Robert Ginalski
http://polska.newsweek.pl/plagiaty-sumlinskiego-tlumacz-powiesci-macleana-odpowiada-sumlinskiemu,artykuly,377727,1.html
Komentarze
Pokaż komentarze (10)