Wpis ma wyłącznie ambicje porządkujące. By niepotrzebnie nie zaprzątać uwagi miłośników fantastyki spiskowej Wielce Szanownych FYMów czy Biniend, informuje się, że publicystycznie systematyzuje sprawy dla większości przeciętnie inteligentnych ludzi banalnie oczywiste. Starannie ponadto pomija przestępczy aspekt plagiatorstwa pana Sumlińskiego, co powinno z kolei nie wzbudzać magików od „intertekstualności” czy innego „twórczego tworzenia własnego niepowtarzalnego klimatu i stylu”. Adresowany jest głównie do tych, którzy bolejąc nad pana Sumlińskiego prawdomównością, wierzą jednakowoż w jego „fakty”.
Bóg więc z Wami, fakty tam gdzie zawsze.
1. „Fakty” pana Sumlińskiego istnieją tylko w jego głowie...
Teoretycznie jest oczywiście możliwe, że stojąc naprzeciw straszliwemu układowi jest tym jednym jedynym szczęśliwym wybrańcem, któremu nie tylko szczodrze sypano setkami faktów, ale i któremu przecież straszliwy układ bezgranicznie musiał ufać. Nieważne chwilowo z jakiego powodu. Jego pech, że tylko jemu jedynemu. A tym większy, że znowuż teoretycznie, to ci jego tylko jemu jedynemu wierni „informatorzy” właśnie dzięki temu mogli mu w głowie dowolny śmietnik zaprojektować. W efekcie jedynym dowodem Sumlińskiego na wszystkie jego „fakty” jest zawartość jego głowy. Nie ma czym się chwalić.
2. „Fakty” pana Sumlińskiego obciążają głównie jego...
Praktycznie, to to ‘teoretycznie możliwe’, zestawione choćby z wielokrotnym sądowym uniewinnianiem (czym zaufany powiernik anonimowych szpicli chętnie się chwali) w sprawach o zdradzanie tajemnic państwowych tworzy jakość, o której on sam zapewne nie marzy. Z oratorskiego chwalipięctwa wynika bezzębne kłapanie o dupie Maryni. Albo więc niechętnie – więc na ile potrafi nie wprost – przyznaje, że nie mówi niczego ważnego, albo gapowato przyznaje się, że te sensacyje z magla zmyśla. Różnica zresztą żadna. Po prostu, facet korzystający ze znajomości kilku osób z jakiegoś środowiska czyni z tego samego zarzuty innym... Bardziej pieniactwo czy naiwność?
3. „Faktów” pana Sumlińskiego jakość...
Konieczne tutaj jest wyraźne rozróżnienie wiarygodności od jakości. W analizowanej hecy to zupełnie odrębne porządki. Wiarygodność pana Sumlińskiego jest ugruntowana i nie rozwijając tematu ponad potrzebę zwyczajnie żadna. Natomiast balansowanie w duchu ‘by nie podpaść pod paragrafy o pomówienia’, które to beletryzowanie pan Sumliński górnolotnie nazywa ‘faktami’, samo w sobie daje naprawdę wysoką jakość. W sensie balansowania. Beletryzowanie i tak nie jego.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)