Można się już pogubić w tym, ile razy w ostatnich latach polski parlament „pochylał się” nad reklamą alkoholu. Projekty, wysłuchania publiczne, podkomisje, komisje, konsultacje międzyresortowe, opinie Biura Legislacyjnego, poprawki, stanowiska organizacji branżowych. Papier znosi wszystko. Alkohol - nie zawsze.
14 kwietnia 2026 roku w sejmowej podkomisji nadzwyczajnej rozległy się brawa. Nie dla polityków. Nie dla ekspertów. Nie dla kolejnej tabelki z kosztami zewnętrznymi uzależnień. Brawa dla adwokata Krzysztofa Dmowskiego - który przedstawił się w jednym zdaniu: „jestem alkoholikiem” - i powiedział rzeczy, których od czterech lat nie chce usłyszeć żaden minister zdrowia.
Kilkanaście minut świadectwa osoby uzależnionej zrobiło w tej sali więcej niż setki stron ekspertyz. Pytanie, które wisi nad tą sceną, brzmi: czy tym razem wystarczy? Czy Sejm uchwali wreszcie coś konkretnego, czy znów zakończy się ceremonialnym rozejściem do komisji, podkomisji, grup roboczych i podgrup roboczych tychże grup?
Zapis zmagań legislacyjnych
Przypomnijmy suchą faktografię. W styczniu 2026 Lewica i Polska 2050 złożyły w Sejmie dwa równoległe projekty nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości. Oba zmierzają w tym samym kierunku - ograniczenie reklamy, ograniczenie nocnej sprzedaży, uporządkowanie handlu alkoholem na stacjach paliw. Różnią się szczegółami. Projekt Polski 2050 idzie o krok dalej: zakazuje reklamy także piw „bezalkoholowych”, czyli produktów, które dziś są dla browarów wygodną furtką omijającą istniejący zakaz.
Co dzieje się z tymi projektami od stycznia? Odbyło się pierwsze czytanie. Powołano podkomisję nadzwyczajną. Do harmonogramu wkradł się PSL z własnym projektem - co dziennikarze otwarcie opisywali, ten ruch formalnie zablokował procedowanie dwóch wcześniejszych. Ministerstwo Zdrowia od miesięcy zapowiada własną rządową nowelę - pierwsza wersja była w konsultacjach w marcu 2025 roku, druga w październiku 2025, trzecia nadal nie dotarła do Sejmu.
Tłumaczenie? Zawsze to samo: „pracujemy”, „sprawa jest złożona”, „trzeba wyważyć interesy”. Tymczasem w Polsce co roku umiera z powodu alkoholu co najmniej kilkanaście tysięcy ludzi. Co roku tysiące dzieci zaczynają pić w wieku 12-13 lat. Co roku browary wydają miliardy złotych na reklamy, które te dzieci oglądają w prime-time.
Burzliwe posiedzenie: lekarze i aktywiści kontra „szejkowie od ziemniaków”
Posiedzenie z 14 kwietnia było kolejnym, w którym starły się dwie kompletnie różne narracje Polski. Z jednej strony stołu - medycyna, zdrowie publiczne, pedagodzy, organizacje pomocowe, osoby uzależnione. Z drugiej - Konfederacja Lewiatan, Polmos Żyrardów, handel detaliczny, izby rolnicze.
Marcin Karolewski, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów, opowiadał o autobusach z wycieczek szkolnych podjeżdżających pod komendy policji, żeby sprawdzić, kto pił. O kobiecie poniżej czterdziestego roku życia, która zmarła na marskość wątroby. O rodzinach pytających lekarzy: „co jeszcze mieliśmy zrobić?”. Filip Hornik z Akcji Uczniowskiej wskazał rzecz absurdalną: przez pół roku główny rynek w Katowicach był zasłonięty gigantyczną reklamą piwa wielkości jednej trzeciej Pałacu Kultury. W sercu miasta.
Po drugiej stronie? Zdzisław Łuba z Podlaskiej Izby Rolniczej mówił o nadwyżkach ziemniaków i o tym, że „możemy być szejkami arabskimi”, jeśli Polska będzie przerabiać zboże na spirytus. Krzysztof Rydz z Polmos Żyrardów rozwodził się o „tradycji obecnej od zarania dziejów” i o konieczności „umiaru”. Iga Jaroszewska z Konfederacji Lewiatan ostrzegała przed „nadmierną regulacją”. Handel detaliczny wyliczał, że zmiana przepisów o ekspozycji alkoholu to koszt 20 miliardów złotych.
Odpowiedź Karolewskiego powinna trafić do podręczników: „To, czy będziemy mieli gdzie sprzedać ziemniaki, to jest nic w porównaniu z tym, ile zgonów stwierdzamy z powodu alkoholu”.
Dmowski mówi to, czego branża boi się usłyszeć
I w tym cyrku statystyk, komunikatów prasowych i korporacyjnych eufemizmów do mikrofonu poprosił się człowiek, który nie reprezentował żadnej izby, żadnej organizacji pracodawców, żadnego klubu parlamentarnego.
Krzysztof Dmowski jest warszawskim adwokatem prowadzącym od lat własną Kancelarię Adwokacką. Specjalizuje się w prawie karnym, wykroczeniowym i karnym wykonawczym - zawodowo reprezentuje oskarżonych i pokrzywdzonych przed sądami, prokuraturami i organami ścigania. W swojej codziennej praktyce często styka się ze sprawami, w których alkohol jest albo bezpośrednim powodem czyjegoś upadku, albo tłem tragedii. Ale w Sejmie nie występował tego dnia w tej roli. Wystąpił jako osoba, która sama była po drugiej stronie - jako alkoholik.
I powiedział konkretnie, bez publicystycznej emfazy:
Reprezentuję tu siebie jako osobę uzależnioną - czyli jestem alkoholikiem. I chciałbym powiedzieć coś odnośnie zakazu reklamy alkoholu. Jestem za całkowitym zakazem reklamy wszystkich produktów alkoholowych.
Urodziłem się w 1977 roku, dorastałem w latach dziewięćdziesiątych. Reklamy piwa były wtedy powszechne. Kojarzyły mi się z luzem, z napojem - i co więcej, piwo przedstawiano w tych reklamach, i tak do mnie docierało, jako coś innego niż mocne alkohole. Z jednej strony alkohol kojarzył się z czymś dobrym, z wyluzowaniem. Z drugiej strony ten lekki alkohol był alternatywą dla mocnego - a to jest dokładnie to samo i prowadzi do uzależnienia.
Nie mówię już nawet na swoim przykładzie, tylko na przykładach innych osób. W związku z tym, czy to reklama mocnego, czy lżejszego alkoholu, powinna być w mojej ocenie całkowicie zakazana. I również reklama napojów odpowiedników piwa - piwa zero - powinna być zakazana.
Dlaczego? Dla mnie jako osoby uzależnionej, dla osób dotkniętych chorobą alkoholową, to niebezpieczeństwo. Ja przez lata domyślałem się, że jestem uzależniony. Ale mechanizm iluzji i zaprzeczeń powodował, że próbowałem podejmować pseudoleczenie na własną rękę. Między innymi zastępowałem sobie napoje alkoholowe piwami zero. I do czego to doprowadziło? Nie zmieniało to żadnych nawyków, powodowało, że przebywałem w towarzystwie osób spożywających alkohol - i po pewnym czasie wracałem do picia. I tak jest również u innych osób.
Kiedy skończył, sala biła brawo. To jedna z najważniejszych rzeczy, jakie padły w tej dyskusji przez cały 2026 rok. Nie dlatego, że Dmowski przekazał jakieś nowe dane - bo danych mamy aż nadto. Dlatego, że pokazał od wewnątrz to, o czym branża alkoholowa nie chce rozmawiać: mechanizm, przez który „piwo zero” nie jest neutralną alternatywą, tylko dla osób uzależnionych furtką prowadzącą z powrotem do picia.
„Piwo zero” - najlepiej obroniona linia branży
Właśnie ten punkt - zakaz reklamy piw bezalkoholowych - jest najciekawszy legislacyjnie i najważniejszy strategicznie. Branża alkoholowa przez dwie dekady zbudowała wokół „bezalkoholowych” odpowiedników całą linię obrony. Nazwa marki identyczna jak wódki lub piwa alkoholowego. Etykieta różniąca się dwoma milimetrami napisu „0,0%”. Ta sama kampania reklamowa. Ci sami ambasadorzy. Ten sam kolor, ta sama butelka, ten sam rytuał „spotkania z przyjaciółmi”.
Prawnie - „to nie alkohol, więc nie dotyczą nas zakazy”. Marketingowo - buduje to markę alkoholową przez 24 godziny na dobę, w miejscach, w których reklama prawdziwego piwa byłaby zakazana. Na billboardach koło szkół. W telewizji przed osiemnastą. Na stadionach podczas meczów reprezentacji. W sklepach przy kasach.
To jest dokładnie ten mechanizm, który Dmowski opisał od wewnątrz. Osoba uzależniona (a także młodzież, osoby z grupy ryzyka, dorosłe dzieci alkoholików) są karmione skojarzeniem z marką alkoholową niezależnie od tego, czy w butelce jest faktycznie etanol, czy nie. Mózg i nawyki nie liczą promili. Mózg i nawyki liczą sygnały. A sygnałów jest zalew.
Tomasz Sińczak z Forum Konsumentów nazwał to „reklamą zastępczą” i „promowaniem stylu życia związanego z alkoholem”. Jan Korczyński z Fundacji GrowSpace powołał się na sondaż Ogólnopolskiej Grupy Badawczej z lutego 2026: 81,5 procent Polaków popiera procedowane zmiany, w tym zakaz publicznej reklamy alkoholu i skuteczniejsze egzekwowanie zakazu sprzedaży nieletnim. Osiemdziesiąt jeden i pół procent.
Jak długo jeszcze?
Popatrzmy na dane społeczne. Koszt nadużywania alkoholu w Polsce szacowany jest na 90-100 miliardów złotych rocznie. Średni wiek inicjacji alkoholowej - 12-13 lat. Około 800 tysięcy osób uzależnionych, ponad 2 miliony pijących szkodliwie. W ośrodkach leczenia uzależnień z kontraktem NFZ - setki tysięcy pacjentów rocznie. Od 1,5 do 2 milionów dorosłych dzieci alkoholików, którzy nosili i noszą w sobie konsekwencje dorastania w domach z przemocą alkoholową.
I mamy ogromny sukces lokalnej polityki trzeźwościowej. W ponad 180 polskich gminach obowiązuje już nocny zakaz sprzedaży alkoholu. W Krakowie liczba policyjnych interwencji związanych z alkoholem spadła o niemal 70 procent. W Koninie - 70 procent spadku interwencji domowych policji. Mniej ofiar, mniej wypadków, mniej przemocy. Dane twarde, policzalne, zweryfikowane.
A parlament? Parlament dyskutuje. Projekt Lewicy - zablokowany projektem PSL. Projekt Polski 2050 - w tej samej kolejce. Projekt rządowy - w kolejnych konsultacjach. Prezydenckie weto dla akcyzy - już wpisane w kronikę strat. A każdy miesiąc zwłoki to kolejne kilkadziesiąt reklam piwa w prime-time, kolejne billboardy koło szkół, kolejne sponsoring meczów reprezentacji, kolejne dzieci „inicjowane” alkoholem w wieku dwunastu lat.
Świadectwo nie poczeka
Branża alkoholowa jest cierpliwa. Browary i koncerny spirytusowe wiedzą, że każdy miesiąc legislacyjnego ślimaka to dla nich czysty zysk. Wiedzą, że wystarczy, jeśli w jednej komisji poseł zgłosi „uwagi techniczne”. Wystarczy, jeśli ministerstwo „doprecyzuje przepisy”. Wystarczy, jeśli sąd koleżeński jakiejś izby zawodowej „podejmie analizę”. Czas pracuje dla tych, którzy chcą utrzymać status quo.
Dmowski powiedział w komisji coś, czego nie powie Ministerstwo Zdrowia, czego nie napisze Konfederacja Lewiatan i czego nie usłyszymy od Polmosu Żyrardów: dla osoby uzależnionej każda reklama piwa - z alkoholem, bez alkoholu, z celebrytą, z piłkarzem, na kanwie meczu, na kanwie wesela - jest realnym zagrożeniem. Nie metaforycznym. Konkretnym. Prowadzącym z powrotem do choroby.
I nie powiedział tego jako aktywista, prohibicjonista ani ideolog. Powiedział to jako prawnik, który zawodowo wie, jakie słowa mają wagę - i który opisał własną chorobę, stosując do niej kategorie, jakich używają lekarze i terapeuci. „Mechanizm iluzji i zaprzeczeń”. „Pseudoleczenie na własną rękę”. „Powrót do picia”. To są terminy medyczne, a nie publicystyczne wymysły.
Pytanie, które po tym wystąpieniu powinno wisieć nad każdą kolejną sejmową debatą na ten temat, jest brutalnie proste: ilu jeszcze Dmowskich musi przyjść do Sejmu, ilu jeszcze lekarzy musi opowiedzieć o zmarłej czterdziestolatce, ile jeszcze sondaży pokazujących 80-procentowe poparcie dla zmian musi trafić do posłów - żeby projekty przestały być „w procedowaniu”, a zaczęły być ustawami?
Jest wiosna 2026 roku. Podkomisja nadzwyczajna dopiero kończy pierwszy etap prac. Przed nią jeszcze drugie czytanie, poprawki, głosowania, Senat, podpis prezydenta - tego samego, który zawetował akcyzę. W realistycznym scenariuszu ustawa wejdzie w życie najwcześniej w 2027 roku. W mniej realistycznym - w 2028. W pesymistycznym - nigdy, bo skończy się kadencja.
Tymczasem dzieci sięgające po piwo w wieku dwunastu lat nie zaczekają na kolejną podkomisję. Osoby uzależnione wracające do picia przy piwach zero nie zaczekają na kolejny etap konsultacji. Rodziny tracące bliskich na marskości wątroby nie zaczekają na „wyważenie interesów”. Dyskusja o ograniczeniu reklamy alkoholu trwa w Polsce od ponad czterech lat. Każdy kolejny miesiąc tej dyskusji jest miesiącem wygranym przez browary - i przegranym przez wszystkich tych, których Dmowski reprezentował 15 kwietnia w Sejmie.
Posłowie mają wszystko, czego potrzebują. Mają dane, mają ekspertyzy, mają poparcie społeczne na poziomie 81 procent, mają działające przykłady z ponad 180 gmin. Mają wreszcie coś, czego nie da się wyprodukować w żadnej kancelarii lobbingowej - mają świadectwo człowieka, który powiedział „jestem alkoholikiem” i wytłumaczył im, dlaczego reklama piwa zero jest groźna.
Teraz trzeba tylko jednego: skończyć dyskusję i uchwalić ustawę. W tej kadencji. Jeszcze przed wakacjami - tak, jak zapowiadała Joanna Wicha z Lewicy. Bez kolejnych furtek dla „piwa bezalkoholowego”. Bez kolejnych wyjątków „dla tradycji”. Bez kolejnej rundy „konsultacji międzyresortowych”.
Bo brawa w sejmowej sali 154 kwietnia nie były dla Dmowskiego. Były dla tych wszystkich, których Dmowski w tamtej chwili zastępował. I którzy - inaczej niż kolejne podkomisje nadzwyczajne - nie mają już czasu na czekanie.


Komentarze
Pokaż komentarze (5)