nickto nickto
157
BLOG

Wojna dwóch głupot

nickto nickto Polityka Obserwuj notkę 0
Dwie głupoty czy jedna?

Na początek pytanie zasadnicze: czy możliwa jest taka wojna, która nie byłaby przejawem głupoty?

Mimo wątpliwości, które nasuwają się w obliczu wojennych okropności, można na to pytanie odpowiedzieć twierdząco, nawet bez uciekania się do skomplikowanych uzasadnień: tak, wojna sprawiedliwa, zdefiniowana w nauczaniu Kościoła, nie musi się wiązać z głupotą. Nie musi, chociaż nadal może, w szczególności w stosowaniu tzw. sztuki wojennej. Ten jednak aspekt, czyli umiejętność wojowania, mniej nas interesuje, chociaż nie spada całkowicie na margines. 

Pierwszoplanowym zagadnieniem jest geneza wojny, jej społeczne uwarunkowania i cele do osiągnięcia jakie chcą osiągnąć wojujące narody – tak narody, gdyż czasy wojujących dynastii już dawno się skończyły. Tak więc do rzeczy: gdzie jest ta głupota w wojnie Rosji z Ukrainą i która głupota ma większą szansę na ostateczną wygraną?


Ukraina

Zacznijmy od Ukrainy. Strona napadnięta ma pierwszeństwo – przystępuje do wojny niejako z automatu i domyślnie przypisuje się jej przywilej wojowania w wojnie sprawiedliwej. Ukrainie też nie można odmówić tego przywileju i teoretycznie eliminuje to ją z podejrzenia o głupotę, wyjąwszy błędy w stosowaniu sztuki wojennej. Ale czy tak rzeczywiście było? Konkretnie czy w rosyjskiej propagandzie mającej uzasadnić powody napaści nie ma jakiegoś ziarna prawdy? A może to pytanie powinno być sformułowane inaczej, ale jednak ze wskazaniem na winy Ukraińców?

Nie ma trudnych pytań, ale jest mnóstwo trudnych odpowiedzi, zwłaszcza odpowiedzi na pytania dotyczące oceny wojny – Konopnicka pisała, że na wojnie „najgęściej giną chłopy”, ale naprawdę to na wojnie najgęściej ściele się trup prawdy. A szczerą prawdę mówiąc, to trudno nawet sobie wyobrazić współczesną wojnę bez licznych trupów prawdy padłych na polu walki zanim jeszcze padł pierwszy wystrzał z karabinu czy jakiejś armaty. W bilansie wojennym owe trupy prawdy, również te padłe przed pierwszym wystrzałem, liczą się może nawet bardziej niż „gruz specjalny” wywożony z pola walki w hermetycznych plastikowych workach. Podsumowując: kłamstwo jest nawozem, na którym wojna kiełkuje i na którym się rozwija.

Zatem kłamstwo, tutaj nikt chyba nie ma wątpliwości, a gdzie głupota? Otóż, głupota „sama wchodzi nie pytając bramą”, trawestując Norwida. W kontekście wojen, międzynarodowych lub domowych, głupotę można zdefiniować jako społeczny kult kłamstwa, organizowanie życia społecznego według zmyślonych konstrukcji, często mających postać podtrzymywanych ognisk nienawiści, wokół których ciągle wykonuje się narodowe pląsy, jednocześnie traktując je jako pochodnie oświetlające teren i marker celu, za którym podąża się ku przyszłości. Nie należy mylić tej narodowej głupoty z narodową mitologią – chociaż pojęcie mitu nie należy do najbardziej oczywistych, to mit ma w sobie pewną umowność, zawarte w nim „dystansowanie się” od rzeczywistości jest „pod kontrolą”, głupota zaś jest zawsze śmiertelnie „na serio”.

To tak ogólnie, ale gdzie można szukać ukraińskiej głupoty, która przyczyniła by się do wybuchu wojny? Złośliwie można by powiedzieć, że nie trzeba aż szukać, ja jednak wspomnę o jednym jej przejawie, dla mnie szczególnie dobitnym, chociaż historycznym i cokolwiek symbolicznym. Wróćmy do „wydarzeń wołyńskich”, to po „ukraińsku”, po polsku natomiast to ukraińskie ludobójstwo obcoplemieńców, Polaków przede wszystkim – przywołam tylko jeden jego aspekt i pominę dokładniejszą charakterystykę. Otóż bywało, że cywilna ludność polska chroniła się przed Ukraińcami w miejscach gdzie stacjonowało wojsko niemieckie, lub węgierskie – paradoksalnie byli tam, pod karabinami najeźdźców, bardziej bezpieczni. Jednak po pewnym czasie do miejscowości tych zbliżały się wojska sowieckie i Niemcy czy Węgrzy musieli się wycofać. Wiadomo było, że Sowieci zaprowadzą swoje porządki i Ukraińcy nie zdążą wymordować Polaków pozostających dotąd pod opieką obcych wojsk. W tej sytuacji byli oni tak zdeterminowani, że czekali tylko aż Polacy znajdą się na ziemi niczyjej i będzie można ich swobodnie wymordować – było to nawet ważniejsze niż jakieś przygotowanie się na wejście Sowietów. Przykład: zbrodnia w Wiśniowcu. W istocie takich faktów nie można już zaliczyć do zbrodni i bestialstwa: to coś więcej, to właśnie głupota. Czy naród, pozostawiający po sobie na ziemi takie ślady, nie prosi się o to, aby podobnych śladów było więcej? Czy nad dołami kryjącymi ofiary bezmyślnego bestialstwa nie muszą powstawać groby obrońców zbezczeszczonej ziemi? Podałem jeden przejaw głupoty wyrosłej na gruncie pielęgnowanego narodowego zakłamania, ale doprawdy ci, którzy mieli bliższy kontakt z Ukrainą, mieli też obowiązkowo kontakt z niejednym przejawem narodowego zaślepienia, jakże bezradnego wobec krnąbrnej rzeczywistości.

Ukraina jest niewątpliwie ofiarą wojny i rozwijanie opowieści o tym, jak to jest ona „sama sobie winna” pachnie antyukraińskim zaślepieniem. Nie da się jednak ukryć, że cała ta wojna, od samego początku, byłą i jest nieoczywista – wcale nie musiała wybuchnąć i nie musiała w dobrze pojętym interesie tak ukraińskim jak i rosyjskim. Sytuacja zmienia się oczywiście wtedy, gdy potraktujemy ją jako „proxy war”, od tego jednak jest mądrość narodowa i mądrość elit aby nie dać się w taką wojną wmanewrować. Mądrość narodowa i mądrość elit, właśnie w takiej kolejności. Jak tu mówić o mądrości narodowej, gdy naród wybiera sobie demokratycznie na prezydenta przedstawiciela nacji, która była niedawno z upodobaniem przez niego eksterminowana, a na dodatek komedianta z zawodu? Z drugiej strony, trzeba przyznać, że obydwie nacje, ukraińska, reprezentowana przez cały naród i żydowska, reprezentowana przez prezydenta Ukrainy, mają zbliżone i „kompatybilne” poglądy na swoje własne historie, poglądy pełne fałszu, jednocześnie pozbawione minimum krytycyzmu, czy nawet zwykłego wstydu.

To tyle o spojrzeniu na wojnę poprzez perspektywę Ukrainy, kiedyś zresztą dość obszernie o tym pisałem: https://www.salon24.pl/u/nickto/notka-komentarze/1430947,komentarz-o-ukrainie .


Rosja

Można efekciarsko powiedzieć, że dzieje rosyjskiej głupoty mają długą historię i są bardzo dobrze udokumentowane. Można by, ale dobre samopoczucie i wysokie mniemanie o sobie samym zakłócają niepokorne fakty. Wymienię trzy z nich. Historia Rosji nie jest taka długa, były dłuższe i bardziej obiecujące, a dawno już się skończyły, zaś rosyjski ślad w dziejach nadal się powiększa. Czyli drugie: historia Rosji nie zanosi się ku temu, aby zmierzała ku końcowi, a sama Rosja kończy się we Władywostoku, choć Rosjanie prywatnie uważają, że z historycznych właśnie względów ich kraj powinien kończyć się dopiero gdzieś w Kalifornii, oczywiście bez pomijania Alaski. Po trzecie: Rosja ma wielu wielbicieli zagranicznych, którzy uważają, przeciwnie niż w większości my Polacy, że Rosja to kraina wspaniała, zamieszkała przez wspaniałych ludzi, miłujących pokój i piękno sztuki baletowej. Te trzy tylko względy mogą z łatwością zachwiać poglądem zaliczającym Rosję i Rosjan do „wschodniej dziczy”. Rzeczywiście, zagadnienie jest skomplikowane, trudno je szczegółowo uzasadnić.

Najpierw, zamiast uzasadnienia poglądu, że za aktualną wojną, ze strony Rosji, stoi zwykła i wielopoziomowa głupota, podam nią samą, czyli tę wojnę, jej wybuch i przebieg, uzupełnię zaś argumentami historycznymi. Znawcy problematyki rosyjskiej twierdzą, raczej zgodnie, że bez Ukrainy Rosja nie może być mocarstwem. Zakładając nawet, że dla każdego Rosjanina sytuacje taka, że ich kraj nie byłby mocarstwem jest nie zniesienia (czyż nie byłaby to zresztą społeczna głupota?), zakładając więc absolutne poparcie Rosjan dla ekspansji terytorialnej na zachód, wydaje się rozsądnym, w tej „przymusowej” sytuacji, użycie akcji zbrojnej. Biorąc jednak pod uwagę koszty, tak w trakcie tej ryzykownej operacji, jak szczególnie po jej zakończeniu, podczas „połykania” zdobyczy, jedynym sensownym posunięciem jest prawdziwa „operacja antyterrorystyczna” w stylu agresji USA na Wenezuelę, operacja uwzględniająca jednak scenariusz niepowodzenia i szybkiego z niej wycofania się „w razie czego”. Przejście do okopów i walka na wyczerpanie jest z pewnością objawem głupoty organów decyzyjnych. Można zresztą znowu porównać USA z ich przegraną wojną w Iranie – wystarcza jednak Amerykanom rozumu na faktyczne przerwanie wojny i pohamowanie odruchu jej kontynuowania z okrzykiem „wpieriod” (miejmy nadzieję). Gdy przejdziemy do oceny perspektywy zakończenia obecnej wojny, to z łatwością zauważymy, że szanse na wygraną Ukrainy są zupełnie nikłe. Jednak ostateczne zwycięstwo Rosji, nagrodzone nawet znacznymi zyskami terytorialnymi, okupione będzie niewyobrażalnymi kosztami „sprzątania” po tej wojnie, kosztami nie do udźwignięcia nawet dla sprawnie działającego mocarstwa, którym Rosja nie jest, co udowodniła właśnie na Ukrainie. Szukając analogii historycznych można podać przykład Francji (toute proportion gardee), której niewątpliwe „formalne” zwycięstwo w I wojnie spowodowało, że kraj ten już nie podniósł się do roli mocarstwa, którym wcześniej niewątpliwi był, przestał być mocarstwem mimo odzyskania na wojennej ścieżce „błękitnej linii Wogezów”. Dzięki wojnie ukraińskiej teza o rosyjskiej głupocie jest więc twierdzeniem, które samo siebie dowodzi.

A co z argumentami historycznymi? Wybiorę dwa: jeden wielki, trudny do obalenia, a drugi anegdotyczny i prywatny, ale nie mniej spektakularny. Pierwszy argument nazywa się Związek Radziecki. Można by go sformułować za pomocą pytania: jak naród dysponujący jako taką kulturą mógł pozwolić małej grupce zaczadziałej obłędną ideą, tak łatwo przejąć władzę w wielkim imperium? Czy nie była do tego konieczna wielka narodowa głupota, czyli przypominam: życie narodowe spowite uwielbieniem dla wieloaspektowego kłamstwa? To pogrążenie narodu w kłamstwie, pozwoliło na łatwe i „bezbolesne” włączenie jeszcze jednego, piramidalnego kłamstwa do narodowego krwiobiegu idei. Tutaj można powiedzieć, że w przejęciu władzy przez komunistów miały niebagatelny udział nierosyjskie narody, jak Żydzi, Gruzini, czy nawet Łotysze. To zastrzeżenie może jednak zadziałać wyłącznie w nas samych, dla Rosjanina wszystkie ujarzmione wcześniej kraje to przecież „święta Rosija”. Teraz argument drugi, anegdotyczny, wiąże się z moimi, nielicznymi, kontaktami z Rosjanami, już po upadku Związku Radzieckiego. Otóż korespondowałem kiedyś z wykształconym Rosjaninem, z zawodu naukowcem, który na uwagę, że zwycięstwo w „wojnie ojczyźnianej” było okupione tragiczną liczbą ofiar, zareagował twierdzeniem, że przecież w wojnie brali udział wyłącznie ochotnicy(!) walczący (za „Rodinu i Stalinu”) z własnej, niczym nie przymuszonej woli. Nie wiem na ile ten pogląd był wtedy reprezentatywny dla Rosjan, ale sądzę, że trudno o lepszy przykład narodowego zaślepienia, inaczej głupoty.


Kiedy koniec?

Jak to się wszystko wreszcie skończy? Czyli prognozy, czyli raczej wróżenie z rozprutych wnętrzności, których na razie wojna dostarcza w obfitości – w starożytności nazywano to hieroskopią. Ale jak tu mądrze odpowiedzieć na pytanie która głupota zwycięży? Na szczęście można próbować, zwłaszcza zza biurka i z dala od frontu działań. To głównie dzięki „przenikliwości” rosyjskich planistów, mamy do czynienia z wojną na wyczerpanie, których w historii przegrywano niemało – to jednak dodatkowo utrudnia wróżenie, bo często bywało, że takie wojny przegrywały obydwie strony. Najogólniej można jednak powiedzieć, że przegrywa ta strona, której wcześniej wyczerpią się zasoby, wszelakie zasoby, z rozumem jako niebagatelnym ich składnikiem. Trzeba też zauważyć rzecz oczywistą, że zasoby mogą się wyczerpać zarówno na tzw. teatrze działań wojennych jak i na zapleczu – czyli może zdecydować przerwanie linii frontu, lub brak wsparcia dla walczących wojsk, co „na jedno wychodzi”. Nie warto rozpatrywać ewentualnych przyczyn takich scenariuszy – obydwie strony kombinują nieustannie jak je wyzwolić i może to nastąpić w każdej chwili.

Spróbujmy wykonać eksperyment myślowy porównujący dwa scenariusze przełamania przebiegu wojny i na tej podstawie wyciągnąć wniosek po czyjej stronie „pobieda” jest bardziej prawdopodobna.


Scenariusz wygranej rosyjskiej.

Z jakiegoś powodu następuje przełamanie linii frontu i znaczne postępy terytorialne wojsk rosyjskich – bez zdobycia terenu nie wygrywa się wojen, dopóki we władaniu przeciwnika jest jego terytorium nie można powiedzieć, że przegrał on wojnę. Zatem wojska rosyjskie zostają skoncentrowane na kierunkach, które najprędzej doprowadzą do całkowitego zwycięstwa. Jeden kierunek to oczywiście Kijów, stolica państwa, drugi to flanka południowa, czyli natarcie wzdłuż wybrzeża Morza Czarnego z jego wielkim znaczeniem logistycznym, natarcie zakończone celem, który miałby wielkie znaczenie propagandowe udowadniające rosyjskie zwycięstwo bez konieczności zdobywania całego kraju – takim całkiem realnym celem mogłoby być zdobycie Lwowa. Przeprowadzenie takiego scenariusza nie pozostawiłoby chyba miejsca na wątpliwości, co do rezultatu wojny?

Scenariusz wygranej ukraińskiej.

Z jakiegoś powodu następuje przełamanie linii frontu i znaczne postępy terytorialne wojsk ukraińskich – bez zdobycia terenu nie wygrywa się wojen, dopóki we władaniu przeciwnika jest jego terytorium nie można powiedzieć, że przegrał on wojnę. Zatem wojska ukraińskie zostają skoncentrowane na kierunkach, które najprędzej doprowadzą do całkowitego zwycięstwa. Jeden kierunek to oczywiście Moskwa, stolica państwa, drugi to flanka południowa, czyli natarcie wzdłuż południowej granicy Rosji z państwami niekoniecznie wobec niej przyjaznymi, natarcie zakończone celem, który miałby wielkie znaczenie propagandowe udowadniające ukraińskie zwycięstwo bez konieczności zdobywania całego kraju – takim całkiem realnym celem mogłoby być zdobycie Władywostoku. Przeprowadzenie takiego scenariusza nie pozostawiłoby chyba miejsca na wątpliwości, co do rezultatu wojny?

Scenariusze są identyczne, czy raczej lustrzane, są dwa, ale trzeba wskazać jeden, bardziej prawdopodobny. Nie trzeba chyba bardzo tęgich umysłów do rozwiązania tej wróżby!?


Na wschodzie bez zmian.

Wróćmy teraz do tytułu i jego rozwinięcia. Nie jest trudno powiedzieć, że ktoś jest głupi. Często jednak takie proste orzeczenie traktowane jest jako oznaka złego wychowania, bądź właśnie głupoty mówiącego. Gdyby jednak tę wojnę próbować „rozkminić” w stylu nieco bardziej hamletowskim, doszlibyśmy niechybnie do odkrycia bariery swojej własnej głupoty, bariery zbyt wysokiej do przeskoczenia, bariery uniemożliwiającej wydanie jakiegokolwiek osądu. Mamy tu bowiem do czynienia z czynnikiem zbyt dużej „odległości kulturowej” sprawiającym, że ludzie z kręgu łacińskiej kultury chrześcijańskiej mają skłonność do projekcji własnego przyswojonego systemu wartości na zupełnie inne zbiorowości, co ostatecznie rodzi niezrozumienie i prowadzi do wydawania sądów tak dalece zniuansowanych, że w istocie fałszywych. Na wojnie natomiast nie ma miejsca na niuanse: człowiek żyje, a za chwilę już nie. Tutaj jedno ważne zastrzeżenie: „my z kręgu kultury łacińskiej” oznacza wszystkich katolików i tych, którzy jeszcze niedawno nimi byli, protestantów wszelkiej maści i rozmaitych zaprzysięgłych „wyzwoleńców z katolickiego obskurantyzmu” nie wyłączając. Wszyscy „my” nosimy w sobie ślady w myśleniu jakie pozostawił w sobie chociażby święty Tomasz z Akwinu, nawet tylko on jeden wywołuje w „nas” liczne atawizmy, z których często nie zdajemy sobie sprawy, a nawet nic nie wiemy o istnieniu Tomasza z Akwinu, ale próbujemy je przykładać do „innych”, których kultura i historia nigdy nie zetknęła z chrześcijaństwem łacińskim. 

Głupota obecnej wojny na wschodzie zdaje się mieć swoje wspólne źródło: rosyjskie czyli moskiewskie prawosławie. Nie po prostu prawosławie(!), ale właśnie prawosławie przymiotnikowe: rosyjskie. Z powodu wybitnego synkretyzmu, przede wszystkim, wyznanie to z trudem można zaliczyć do chrześcijaństwa – rosyjskie(!) prawosławie tak ma się do chrześcijaństwa, mniej więcej, jak wyznanie mormonów, chociaż prawosławie rosyjskie jest w swojej odrębności dużo głębiej zamaskowane, oraz, prawdę mówiąc, nie aż tak radykalne w swojej własnej pomysłowości „uzupełniającej” „oryginalne” wyznanie chrześcijańskiej. Prawosławie moskiewskie historycznie „zwyciężyło”, chociaż propagandowo przypisuje sobie swoje źródła w Kijowie, gdzie przyjęto chrzest dużo wcześniej nim powstała sama Moskwa. Wspomniałem wcześniej o synkretyzmie prawosławia moskiewskiego – raczej trudno by się doszukać tego zjawiska już w momencie chrztu kijowskiego, nabrało ono takich cech stopniowo, gdy na całej Rusi zaczęło dominować władztwo moskiewskie, może szczególnie w okresie niewoli mongolskiej, której uległa całą Ruś. Dwusetletnia niewola mongolska i długotrwała izolacja od ośrodków kultury i teologii chrześcijańskiej spowodowały, że nominalne to samo prawosławie przeszło głęboką transformację, zachowując chrześcijański charakter często jedynie formalnie, za to przyswajając sobie np. ideologię „Trzeciego Rzymu”, będącą klasycznym moskiewskim wynalazkiem, powstałym w wyniku gwałtu na prawdzie i rozumie. Z czasem „moskiewskie wyznanie” zostało narzucone całej Rusi i wprowadzone we wszystkich „rosyjskich” ziemiach – pewne rezultaty osiągnięto nawet w „nadwiślańskim kraju”, chociaż były to osiągnięcia raczej tylko zewnętrzne, jak pomnik cara przed wejściem na Jasną Górę, czy wielki sobór w centrum Warszawy. Wraz z zaprowadzeniem „wyznania moskiewskiego” nastąpiły też zmiany charakterów narodowych opanowanych przez nie nacji, do których weszły dość głęboko moskiewskie standardy „opisu rzeczywistości”.

Tak więc ta moskiewska „swoboda” w definiowaniu prawdy, jest dziś z obydwu stron stopą fundamentową wydarzeń, które doprowadziły do obecnej wojny. Co dalej? Zobaczy ten, który dożyje lepszych czasów, a takie niewątpliwie nadejdą. Można by, głównie po to by popisać się „rozwagą” bądź „dobrym wychowaniem”, w całym tym tekście zastąpić kategoryczne słowo „głupota” jakimś bardziej zniuansowanym jego odpowiednikiem – może „niedojrzałość”, lub coś podobnego. Jest nawet w takim podejściu pewien realizm, chociaż też paternalizm – cała historia państwa moskiewskiego, ostatecznie Rosji, nie jest przecież taka długa, a jeszcze krótsza jest historia Rosji rozumianej jako ostoja określonej cywilizacji. Często podawanym przykładem obrazującym paradoksy rozwoju rosyjskiej potęgi jest fakt, że w całym Związku Radzieckim, owej potęgi szczytowym momencie, najstarszym uniwersytetem był prowincjonalny Uniwersytet Wileński, założony zaledwie w XVI wieku przez króla polskiego Stefana Batorego.


Kwestia polska. 

Dla nas ta wojna to wydarzenie bez precedensu w naszej historii: to jest nic innego niż nasza „proxy war”, za którą nijak nie odpowiadamy, ani za jej wywołanie, ani przebieg, a nadal mamy szansę stać się jej geopolitycznym beneficjentem, przynajmniej w perspektywie średniookresowej. Do tej pory zwykle w wojnach uczestniczyliśmy jako strona walcząca i jako ponosząca ciężar jej negatywnych skutków, z rzadka uczestnicząc w zdobyczach. Im dłużej trwa obecna wojna, to w sensie geopolitycznym jesteśmy bliżej celu, czyli zabezpieczenia naszej wschodniej granicy. W dalszym ciągu wisi na nas widmo koalicji dziś walczących ze sobą stron, skierowanej na zachód, czyli do Niemiec przez Polskę, ale nie wydaje się ono bardzo prawdopodobne w perspektywie przynajmniej jednego pokolenia. Koszty tej wojny rozłożone w czasie, niezależnie od rozstrzygnięć powojennych, powinny w przyszłości skutecznie hamować pomysły na ekspansję terytorialną na zachód, a szeroko dziś rozpowszechniane wieści o tym jak to Putin „już za chwilę” może uderzyć na Polską, wydają się być tylko prymitywnymi chwytami propagandowymi dla zupełnie naiwnych. Nieco tylko inaczej można by oceniać perspektywy państw bałtyckich, w które Rosja „weszła” w różnych aspektach dużo głębiej i w dużym stopniu pozostaje tam dotychczas. Na koniec można dodać, że znacznie lepiej byłoby mieć przyjaciół za wschodnią granicą, niż wrogów pokonanych nawet w trybie „self service”, ale na to się raczej nie zanosi z głębszych przyczyn, za granicą zachodnią podobnie – kiedyś pisałem o tym w rozważaniach o naszym powstaniowym przeznaczeniu: https://www.salon24.pl/u/nickto/1317685,powstanie-a-moze-reset.

A dlaczego nie zanosi się na ujawnienie na wschodzie gwałtownej chęci przyjaźnienia się z Polakami? Już wystarczającą odpowiedzią jest argument, że nigdy jej tam nie było – nie było woli i działań na tyle istotnych, aby takie dążenia mogły przetrwać najmniejszą nawet trudność na takiej drodze. Tak zwana koncepcja jagiellońska po II wojnie światowej to wyłącznie polska mrzonka i pomysł wyłącznie małej grupki polskich pięknoduchów – musiał się z niej wcześniej wycofać sam Piłsudski, a nikt po nim nie miał nawet ułamka jego przesłanek do powodzenia takiego przedsięwzięcia. Dlaczego? Dlaczego nie chcą się z nami bawić, choć my bylibyśmy gotowi grać w tej zabawie rolę czarnego charakteru? Otóż jest z tym po wschodniej stronie pewna racjonalność, racjonalność o charakterze „kulturalnym”. Powodem są różnice kulturalne pomiędzy naszymi narodami i obawy narodów silnie ukształtowanych wpływem moskiewskiego prawosławia wobec groźby „polskiej agresji kulturalnej” – można by nawet postawić ostrożną(!!!) tezę, że zachowanie po Kongresie Wiedeńskim pewnej odrębności tzw. Królestwa Polskiego, było podyktowane obawami o spójność Rosyjskiego Carstwa wystawionego na bezpośrednią konfrontację z żywiołem polskim, chociaż zarówno demografia jak i zwyczajna siła przeczyły przecież istnieniu jakichkolwiek zagrożeń. Polska obecność na wschodzie w czasach I Rzeczpospolitej była właśnie obecnością kulturalną, popartą w bardzo małym stopniu realną siłą polityczną. A dziś, czyli w ciągu ostatnich 100 lat polska kultura pokazała przynajmniej 2 razy swoją siłę, choć nie była poparta brutalną siłą fizyczną. Pierwszy wyczyn to wygranie wojny bolszewickiej w 1920 roku wbrew wszystkim niechętnym i wrogim, i wbrew wszystkim prognozom. Drugim wyczynem był tzw. Karnawał Solidarności. W obydwu przypadkach wrogowie wzięli dość szybko srogi odwet, srogi ale nie na tyle, aby to anulowało wszystkie te osiągnięcia polskiej kultury, kultury bo przecież nie siły, pozostały zwłaszcza osiągnięcia o „przedłużonym działaniu”. Dodać jeszcze warto, że obydwa te zwycięstwa trzeba przypisać przede wszystkim sile klasy chłopskiej, sile która została tak dobitnie po raz pierwszy wyartykułowana po faktycznym upadku kultury szlacheckiej, chociaż trzeba sobie zdać sprawę, że ekspresja siły tych co „żywią i bronią” nie mogłaby mieć miejsca bez naturalnego jej zanurzenia we wcześniejszej historii szlacheckiej.

Jeszcze parę słów o polskiej reakcji na ukraińską wojnę. Otóż reakcję czynników oficjalnych uważam generalnie za poprawną, łącznie z podniesieniem w odpowiedniej, tak sądzę, chwili kwestii ukraińskiego ludobójstwa. Nie potrafię „prorokować” jaki to będzie miało faktyczny wpływ na stosunki z Rosją i z Ukrainą, sądzę jednak, że nie za bardzo decydujący. Chciałbym tu jednak wyrazić uznanie i dumę za wyczyn polskiej kultury, jakim było bez wątpienia społeczne przyjęcie ukraińskich uchodźców – można by nawet te sprawę potraktować jak trzeci w przeciągu 100 paru lat przypadek gdy polska kultura pokazała „swoje pazury” – większość uchodźców wróciła lub wróci na Ukrainę „pozytywnie podrapana”, a odniesione przez nich rany mentalności mogą w przyszłości okazać się najdalej idącą „polską ingerencją w wewnętrzne ukraińskie sprawy” – nie należy jednak oczekiwać jakiejś erupcji „ukraińskiej wdzięczności” wobec „””polskich przyjaciół”””, tutaj celowy potrójny cudzysłów, choć już nadmiar tych retorycznych cudzysłowów zakradł mi się do tego tekstu. W poważnym tekście taka ilość cudzysłowów, dla niektórych pewnie trudnych do przeczytania, byłaby niedopuszczalna, ale sądzę, że tekst blogerski może liczyć na taryfę ulgową. To już koniec, tekstu nie wojny.

-----

Ceterum censeo Carthaginem delendam esse

vel

Naród, który zabija własne dzieci skazany jest na zagładę


--------


Wyjaśnienie do stopki.

Od początku mojej pisaniny używam tego łacińskiego cytatu z zamierzchłych dziejów naszej cywilizacji, później dodałem adekwatne tłumaczenie (czyj oryginał i tłumaczenie łatwo sprawdzić). Teraz dodam jeszcze swoje wyjaśnienie.

Skąd tutaj Kartagina? Otóż Kartagina była ostatnim dużym organizmem państwowym z tej strony Atlantyku, który duchowych podstaw swojego istnienia upatrywał w publicznym składaniu ofiar z dzieci (aborcji jeszcze nie wynaleziono). Rzym, zanim stał się na długi czas niepokonany, widział swoje "być albo nie być" w całkowitym zniszczeniu Kartaginy, aż do gołej ziemi posypanej solą. Tak też się stało - 90% Kartagińczyków zabito, reszta "uratowała się" jako towar na targu niewolników.

Jak Ci się zdaje drogi czytelniku: jesteś Rzymianinem, czy Kartagińczykiem? A może Twoje istnienie nie potrzebuje duchowych podstaw, zaś ofiara z dzieci w aborcji jest konieczna, aby się dobrze (z)bawić?

nickto
O mnie nickto

Jestem pszczelarzem (coraz bardziej).

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka