Istnieje w psychologii taki termin jak kompleks mesjasza. Jest to bardzo dobrze udokumentowane schorzenie, starsze w zasadzie od chrześcijaństwa, ale dopiero wraz z nim nabrało ono bardziej wyrazistego znaczenia:
Kompleks mesjasza – stan psychiczny, podczas którego jednostka uważa, iż została wybrana lub jej przeznaczeniem jest ocalenie pewnej grupy osób lub nawet całej ludzkości. Zwykle pojawia się u osób ze schizofrenią lub zaburzeniami afektywnymi dwubiegunowymi[1].
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kompleks_mesjasza
Cierpiał na niego m.in. Adolf Hitler. Ktoś taki uważa, że został namaszczony przez samego Boga, a przynajmniej jakieś siły wyższe, nadprzyrodzone, los, stawia się w roli zbawcy całej ludzkości, narodu. Donald Trump już nie raz stawiał się w roli papieża, umieszczał siebie na zdjęciach obok Chrystusa, ale dopiero wczoraj po swoim ataku na papieża Leona XIV odważył się na coś więcej i umieścił w swoich socjal mediach grafikę przestawiającą siebie w sposób w jaki bardzo często przedstawiany jest Jezus Chrystus. Po fali krytyki i oburzenia jaka przetoczyła się po całym chrześcijańskim świecie Donald usunął grafikę, ale w internecie, jak wiadomo, nic nie ginie. Oto ona:
https://x.com/sentdefender/status/2043561732166070591?s=20

Wcześniej na grafice opublikowanej na oficjalnej stronie Białego Domu (sic!) był już papieżem, ale jak widać to mu nie wystarczyło, Donald Trump mierzy znacznie wyżej:

W PiSie po przegranych z kretesem wyborach przez Orbana narasta coraz większa frustracja i świadomość, że poparcie Trumpa, o ile na samym początku jego kadencji jeszcze jakoś pożyteczne i być może pomogło w osadzeniu Nawrockiego w Pałacu Prezydemckim (Polacy mają wyssaną chyba z mlekiem matki słabość do USA), o tyle wraz z jego kolejnymi ekscesami i porażkami w Rosji i ostatnio Iranie, zaczyna działać wręcz na odwrót i zniechęcać wyborców. To było już do przewidzenia dawno temu, bo Trump wcale się od tamtej pory nie zmienił, jedynie odsłania się i ośmiesza coraz bardziej.
Jego zachowanie i stosunek do religii, wiary jest jednak charakterstyczny dla całej prawicy, w tym PiSu. To jej instrumentalne traktowanie, okazywanie pozornego przywiązania do jakichś wartości chrześcijańskich, powoływanie się na nie w sytuacjach, w których to akurat jest jej politycznie na rękę, a lekceważenie ich, albo wręcz wyśmiewanie w sytuacji odwrotnej i krytyki.
Tuż po ponownym wyborze Trumpa na prezydenta, a nawet wcześniej, pisałem wielokrotnie, że pisowcy bardzo szybko pożałują swojego poparcia dla Trumpa i już wkrótce zaczną się go powoli wypierać. Wynikało to dla mnie głównie z jego zbyt proputinowskiej, antyukraińskiej polityki i osobistej sympatii dla Putina. Konflikt na Ukrainie będzie musiał zostać w końcu jakoś rozwiązany, ale Donald Trump okazał się pod tym względem, wbrew swoim wcześniejszym butnym zapowiedziom, zupełnie indolentny. Nie mogąc niczego osiągnąć w tym najważniejszym w końcu aktualnie konflikcie dla USA i Europy, zaczął odwracać uwagę od niego i swojej porażki wszczynając niedorzeczną wojnę celną i polityczną z Unią Europejską, swoimi największymi sojusznikami, w tym Kanadą, Danią (pretensje do Grenlandii) i w końcu, podjuszczany przez Netanjahu, atakując po raz kolejny Iran. Tutaj jednak też póki co nic nie osiągnął i jedynie wzmocnił geopolitycznie reżim ajatollahów.
Jeszcze gorzej, a przynajmniej nie mniej, wypada Donald na arenie wewnętrznej USA tracąc dla siebie i Republikanów poparcie i wywołując społeczne protesty na skalę niespotykaną od dziesięcioleci. Przerażeni widmem porażki i utratą większości w obu izbach w nadchodzących wyb. uzup. do Kongresu Republikanie wymusili na Trumpie odstąpienie od zapowiadanych przez niego dalszych zmasowanych ataków na infrastrukturę cywilną Iranu, które i tak nie przynosiły spodziewanych efektów, a groziły jedynie kolejnymi oskarżeniami o zbrodnie wojenne. Teraz Trump zaczął sam blokować cieśninę Ormuz w celu rzekomo jej odminowania i udrożnienia. Jeśli jednak nie zostaną unieszkodliwione możliwości Iranu blokowania tej cieśniny, nic to na dłuższą metę nie da.
Tak czy owak, Trump zajął się wcale nie tak aktualnie istotną dla nas kwestią Iranu, a pozostawił w ogóle odłogiem kwestię rosyjską. W końcu łatwiej silić muskuły nad jakimś pustynnym ludem pozbawionym możliwości adekwatnego odwetu, niż nad posiadającą takie możliwości, przynajmniej w sensie odwetu atomowego, Rosją. Chcąc nie chcąc, będzie się jednak musiał wkrótce nią zająć, niestety, bo niczego to dla nas i Ukrainy dobrego nie wróży, gdyż tak jak zwykle będzie jedynie naciskał na Ukraińców, bo na Putinie, szczególnie po tej aferze w Iranie, nie będzie w stanie już nic wymóc.
Polityka Trumpa okazała się jedną wielką porażką. Cała nadzieja w tym, że Republikanie przegrają z kretesem wyb. uzup. do Kongresu i stracą większość również w Senacie, dzięki czemu Demokraci będą mogli w końcu skutecznie (po dwóch pierwszych próbach za jego pierwszej prezydentury) poddać Trumpa procedurze impeachmentu. Nawet uzyskując jedynie większość w Kongresie skończą w ten sposób erę monowładztwa Trumpa i ten zostanie pozbawiony większości dotychczasowych możliwości.
Tak się zazwyczaj kończą rządy samozwańczych zbawców ludzkości.



Komentarze
Pokaż komentarze (13)