Muszę przyznać, że miałem duży kłopot z kibicowaniem podczas wczorajszego meczu Brazylijczyków z reprezentacją ojczyzny Ukochanego Przywódcy Kim Dzong Ila. Od dziecka jestem etatowym kibicem Brazylii na wszelkich imprezach międzynarodowych (co nie oznacza, że nie cenię Argentyńczyków), ale trudno mi się było cieszyć z bramek, które nieszczęśnicy z Phenianu mogą po mistrzostwach przypłacić więzieniem, obozem koncentracyjnym czy cholera wie jakimi innymi konsekwencjami. Ba - nawet jakoś tak się ucieszyłem z gola dla Koreańczyków, bo może ten gol rozchmurzył oblicze ogladającego zapewne ten mecz w swoim pałacu wodza. Inna sprawa, że każdy ewentualny punkt Koreańczyków to punkt zdobyty na chwałę owego wodza i jego nienormalnego kraju, więc tak do końca kibicować KRLD też jest ciężko. Tym bardziej, ze kibice w kraju żadnej frajdy z sukcesów piłkarzy na MŚ mieć nie będą - Ukochany Przywódca uznał, że żadnych transmisji z mundialu w Korei Północnej nie będzie, a jego słowo jest święte.
Koreańczycy przez większą część meczu sprawiali wrażenie, jakby grali o coś więcej, niż tylko dobry wynik. Mina bramkarza Ri Myong Guka po wpuszczeniu fenomenalnego strzału Maicona mówiła więcej, niż niejednen artykuł prasowy o Korei Północnej, podobnie nieopanowany szloch jednego z zawodników podczas odgrywania hymnów. To nie są normalne reakcje, sportowcom z normalnych krajów zdarza się czasami płakać tak mocno na hymnach, ale na olimpijskijm podium, bramkarze z normalnych krajów miewaja takie miny, ale w sytuacjach wyjatkowych (typu strata decydującej bramki w ostatniej sekundzie meczu), a nie po bramce puszczonej wiele minut przed końcem spotkania, do tego ledwie na 0:1 z dużo silniejszym rywalem. Patrząc na graczy w czerwonych strojach zastanawiałem się, co moga czuć ludzie, którzy przy okazji zawodów sportowych ogladają na własne oczy wolny świat, chłoną jego kolory, zapachy, dźwięki i... za każdym razem wracają do największego więzienia na świecie. Nawet swój ośrodek treningowy w RPA przekształcili w więzienie. Trenują i mieszkają na dalekich przedmieściach, na terenie otoczonym drutami kolczastymi, pod strażą ochroniarzy i agentów bezpieki.
Przy okazji wystepów Korei Północnej na mundialu natrętnie powraca myśl o Udaju Husajnie, synu Saddama, przewodniczącym Irackiego Komitetu Olimpijskiego w latach 1984-2003, będącym również szefem federacji piłkarskiej tego kraju. Otóż pan prezes kazał przegrywających sportowców bić prętami po nogach, ciągać za samochodem po betonie, wrzucać poranionych do szamba i robić z nimi inne równie odrażające rzeczy. Wszystko po to, żeby rozumieli, że porażką splamili honor irackiego sportu. Nie sposób po porażce Koreańczyków Północnych nie zastanawiać się, czy Kim Dzong Il nie ma czasami takich samych psychopatycznych skłonności. Wiadomo, że na zgrupowaniach reprezentacji są stosowane kary cielesne, przyznał to były selekcjoner Moon Ki Nam, ktory uciekł niedawno via Chiny do Korei Południowej. Podobno jednak nie jest to wymysł komunistów, tylko rzecz dla Azji typowa. Fakt, zdarza się to nie tylko w dyktaturach i nie tylko w "żółtej" częsci kontynentu. W Bollywood na przykład reżyser potrafi dać niekiedy w twarz aktorowi czy komuś z obsługi technicznej, opisywano takie przypadki przy okazji kręcenia jednego z indyjskich filmów w Polsce.
KRLD tymczasem jak na złość trafiła do najgorszej grupy, do jakiej trafić mogła, bo przecież oprócz Brazylii trafiła jej się Portugalia i WKS. Nie zazdroszczę koreańskim piłkarzom ani miejsca urodzenia, ani strachu, jaki muszą odczuwać na myśl o sile rywali i o tym, co może ich czekać, jeśli nie dokonają nadludzkiego wyczynu i nie awansują w tym towarzystwie do drugiej rundy. Poprzedni mundialowy zespół KRLD, ten z 1966 roku, przesiedział się w obozach, oficjalnie za "świętowanie niegodne obywatela Ludowej Korei", w rzeczywistości za to, że w meczu z Portugalią dali sobie wbić pięć goli, mając zwycięstwo w kieszeni (prowadzili już bowiem 3:0). Być może obecni reprezentanci znają historię swoich poprzedników. Jeśli tak, to pewnie boją się jeszcze bardziej.
Trudno się dziwić Koreańczykom, że póki starczyło sił, walczyli jak lwy. Dziwię się natomiast Brazylijczykom, niezależnie bowiem od wyjątkowego poziomu motywacji rywali pikarze z Kraju Kawy mogli i powinni zdziałać w tym meczu znacznie więcej. Tymczasem do 55 minuty canarinhos sprawiali wrażenie, jakby uśpiło ich jednostajne buczenie wuwuzeli na trybunach. Grali wolno, bardziej w poprzek, niż do przodu, a czasami pozwalali się nawet przedryblowac Koreańczykom! Momentami wyglądało to tak, jakby coś im pętało nogi, nie wiadomo tylko, czy działało tak na nich przeraźliwe zimno (ledwie +3 stopnie!), czy może świadomość tego, że strzelając przeciwnikom bramkę mogą wtrącić ich niechcący do więzienia. Tak czy inaczej, podczas ogladania tego meczu kibiców brazylijskich bolały uszy (od bzyczenia trąbek), serca (ze wzgledu na poziom gry ich reprezentantów) i zęby (z zimna). To nie była taka Brazylia, jaką przyzwyczailiśmy się oglądać i jaką cały świat kocha przynajmniej od 1954 roku. Pocieszające, że wreszcie mieliśmy drugi mecz, w którym padło więcej niż dwie bramiki - i za to powinniśmy podziękować grającym do końca Koreańczykom.
Na trybunach zaś mozna było zobaczyć egzotyczne obrazki. Pierwszy - to Brazylijczycy w puchowych kurtkach, grubych szalikach i wełnianych czapkach, widok na co dzień raczej niespotykany. Drugi - to grupa Koreańczyków Północnych, wszyscy w jednakowych czerwonych kurtkach, z jednakowymi chorągiewkami, jednakowo nimi machający. Dziennikarze jakimś cudem do nich dotarli i dowiedzieli się, ze są to żołnierze armii pólnocnokoreańskiej (tej samej, która najprawdopodobniej zatopiła ostatnio południowokoreański okręt i od paru dni grozi rodakom z południa wojną) przywiezieni samolotem i przebrani za kibiców. Na trybunach mieli też być kibicujący Koreańczykom Chińczycy, ale jakoś ich nie było widać.
O rozrywkę dla kibiców w czasie tego chwilami dość nudnego meczu postarali się jak zwykle komentatorzy TVP. Dariusz Szpakowski przez cały mecz wyszczekiwał wdzięcznie nazwiska koreańskich piłkarzy, twierdząc, że wymowę konsultował z koreańskimi dziennikarzami, tymi z Południa rzecz jasna, bo z Północy nikt do RPA nie przyjechał. Nasz najstarszy komentator tak się w tym poszczekiwaniu zapamiętał, że w pewnej chwili zaczął w ten sam sposób wymawiać nawet nazwiska... brazylijskie! W zabawianiu kibiców dzielnie sekundował mu Włodzimierz Lubański, który najpierw co chwila powtarzał, że ten i ów zawodnik "spytał się o piłkę", później zaś zmienił zdanie i do końca meczu słyszeliśmy, że piłkarze "pytają się piłki" (niestety, p. Lubański nie wyjawił, o co się jej pytali, i czy piłka rozumiała po koreańsku i portugalsku). Po pewnym czasie nasz wspaniały niegdyś napastnik osiągnął szczyty talentu słowotwórczego i usłyszeliśmy coś o "pytaniu się piłki, ale nie tak tylnym" - przepraszam, jeżeli coś pokręciłem, ale mniej więcej tak to brzmiało. Ale u p. Lubańskiego natręctwa językowe są rzeczą normalną. Pamiętam, jak podczas Mistrzostw Europy w 1988 roku kilkanaście razy w ciągu każdego meczu używał wyrażenia "błąd własny sędziego", jakby sędziowie mogli popełniać cudze błędy.
Dziś wieczorem drugi mecz reprezentacji RPA. Czyli na dobrą sprawę po dwudziestej nasi komentatorzy mogliby mieć wolne - i tak zagłuszą ich wuwuzele...


Komentarze
Pokaż komentarze (4)