88 obserwujących
541 notek
593k odsłony
  254   0

Krzysztof Wołodźko: Miasto oszukanych

Krzysztof WołodźkoTekst dajemy na 60-tą rocznicę powstania Nowej Huty, opublikowany pierwotnie w Magazynie OBYWATEL nr 6/2005 (26)...


Nowa Huta, maj 1988 r., w blisko 40-tysięcznym kombinacie rozpoczął się strajk. Adam Gryczyński, kierownik działu fotograficzno-filmowego w Nowohuckim Centrum Kultury, próbuje wejść z kamerą na kopiec Wandy, chce uwiecznić panoramę miasta.

Podchodzi do niego kilku mężczyzn w cywilu, nie przedstawiają się, grzecznie proszą, żeby się ulotnił. Gryczyński bez zbędnych dyskusji wsiada na rower, jedzie na cmentarz Grębałowski, by nakręcić ostatnie kadry impresji filmowej "Exodus": dymiące nad Nową Hutą kominy w perspektywie nagrobnych krzyży. - "Gdy robiłem ten film, mniej obchodziła mnie polityka, zderzenie ówczesnej władzy i opozycji. Chciałem pokazać, że człowiekowi do szczęścia bardziej niż stal potrzebne są czysta woda, ziemia, powietrze; utrwalić nowohuckie przysiółki, chłopów za pługiem ciągniętym przez konia. I skontrastować to z hałdą odpadów po procesach wielkopiecowych z Huty im. Lenina, z koszmarnie wyglądającymi osadnikami ścieków przemysłowych w zalewie nowohuckim, popielatą trawą na tutejszych łąkach" - mówi po latach Gryczyński.

Nowa Huta, Aleja Róż, 28 sierpnia 2005 r., ostatni dzień II Nowohuckiego Maratonu Filmowego. Na ogromnym ekranie, rozpostartym kilkanaście metrów od miejsca, gdzie do grudnia 1989 r. stał na piedestale Włodzimierz Ilicz Lenin, gaśnie ostatnia scena "Exodusu". Zebrani biją brawa. Tyle że krótsze niż kilkanaście minut wcześniej, po projekcji socrealistycznego produkcyjniaka Andrzeja Munka, "Kierunek Nowa Huta". Wielu starszych mieszkańców tego miasta nad ekologiczne impresje filmowe z czasów zmierzchu kombinatu przedkłada oficjalny entuzjazm wczesnych lat 50-tych. Lecz choć opowiadany językiem propagandy "mit założycielski" socjalistycznego miasta budzi ich nostalgię, w ludziach jest wiele goryczy. - "Pokolenie budowniczych Nowej Huty żyje w rozdwojeniu. Gdy tu przyjeżdżali, obiecywano im złote góry i nigdy nie dotrzymano słowa. Czują się zawiedzeni, zarówno tym, co było w poprzednim ustroju, jak i zmianami, które zaszły po 1989 roku. I to rzutuje na następne pokolenia: widać wyraźne spięcie między tymi, którzy żałują minionego ustroju i tymi, którzy go totalnie nienawidzą. Ale wszystkich dotyczy ten sam problem, nie widzą sensu jakichkolwiek działań" - opowiada Maciej Twaróg, niemal trzydziestolatek, społecznik, nowohucki krakowski radny z ramienia Ligi Polskich Rodzin.

Twaróg o swoim rodzinnym mieście mówi "socrealistyczny cud świata", choć jako nastolatek nie bez satysfakcji rzucał kamieniami w posąg Lenina. - "W Nowej Hucie kwitło życie kulturalne, działały świetne kina, awangardowy Teatr Ludowy, amatorski klub filmowy prowadzony przez Witolda Michalika, twórcę Krakowskiego Klubu Fotograficznego. Prężnie funkcjonowały przyzakładowe ośrodki kultury, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Gdy zmienił się ustrój, stało się coś, czego nie rozumiem, na Nową Hutę spuszczono kurtynę zapomnienia. Dla jej mieszkańców to był szok" - mówi Twaróg.

Gdy na początku lat 90. jak domek z kart rozpadała się społeczno-gospodarcza infrastruktura, odziedziczona po Polsce Ludowej, robotnicze miasto tuż za rogatkami Krakowa, z niewydolnym ekonomicznie kombinatem hutniczym, zatrudniającym około 40 tysięcy osób, stało się kłopotliwą pamiątką po minionym ustroju. Owszem, z "solidarnościowymi" tradycjami na przemian heroicznych i sennych lat 80., z wcześniejszą walką o krzyż i kościół w mieście zaprogramowanym jako ateistyczne. Ale gdy już było po wszystkim, gdy zbudowano kościoły i przewrócono Lenina, bohaterów tamtych czasów odesłano do lamusa, nie odmawiając im chwały. A blask aureoli gwałtownie stracił na wartości. Ich życie i miasto przestało spędzać sen z powiek władzy - na dobre i na złe.

W maju 1990 r., na wyraźne życzenie hutników, towarzysz Lenin przestał firmować kombinat swym nazwiskiem, ustępując Tadeuszowi Sendzimirowi. Walcownia "Zgniatacz", gdzie we wrześniu 1980 r. robotnicy Huty im. Lenina rozpoczęli strajki, gdzie zawiązywała się małopolska "Solidarność", została zamknięta po 1989 r. jako jeden z pierwszych wydziałów kombinatu, z racji nieopłacalności produkcji. Henryk Kazimierski, współtwórca Muzeum Historycznego w Nowej Hucie, kierownik Stowarzyszenia na rzecz Rozwoju Nowej Huty, chciał na terenie walcowni "Zgniatacz" stworzyć ekspozycję sprzętu technicznego wycofanego z użytku. Nie udało się - gdy "Solidarność" obchodziła swoje dwudziestopięciolecie, rozpoczął się demontaż walcowni, a nieco wcześniej stojący obok "Zgniatacza" pomnik "S" przeniesiono na plac Centralny. Jakiś czas potem, niedaleko od pomnika, na długim i wysokim murze miłośnik innych tradycji wypisał hasło: "Hutnik HOOLIGANS".

W pierwszych latach po transformacji nowohucianie byli przekonani, że zreformowany kombinat stanie się samofinansującą się instytucją, do której nie trzeba będzie dopłacać i utrzyma wysokie zatrudnienie. - "Ówczesny dyrektor, Knapik, zatrudniał ludzi nawet gdy były kłopoty finansowe. Żeby ściągnąć nadwyżkę młodych z rynku pracy, przyjmowano ich do kombinatu w znacznej liczbie. Gdy odszedł, jego następca, Janeczek, wcześniej szef »Stal-produktu«, najbardziej dochodowego wydziału kombinatu, który się usamodzielnił, zrobił gigantyczne cięcie etatów" - opowiada Maciej Miezian, historyk, pracownik Muzeum Historycznego Nowej Huty. Dla nowohucian to było jak trzęsienie ziemi, a później działo się jeszcze gorzej: trwające latami masowe zwolnienia jako sposób przywrócenia rentowności, komornicy wchodzący na konta zakładu, postępujące wycofywanie się kombinatu z życia społeczno-kulturalnego Nowej Huty, bardzo źle odbierane przez jej mieszkańców. Na przełomie tysiącleci samodzielny dotychczas zakład pracy stał się częścią Polskich Hut Stali, a następnie został sprzedany za 20 milionów dolarów międzynarodowemu koncernowi Mittal Steel. I znów zaczął przynosić zysk, tyle że Nowa Huta czerpie z tego korzyści w bardzo ograniczonym stopniu.

Mittal Steel Poland ogranicza się do swej podstawowej funkcji - pracodawcy dla nieco ponad siedmiu tysięcy ludzi. Nie jest mecenasem nowohuckiego życia społeczno-kulturalnego. Najlepszym przykładem polityki koncernu jest sposób, w jaki jego kierownictwo traktuje nowohucką Orkiestrę Dętą, czyli istniejącą od 1953 r. kulturalną wizytówkę kombinatu. Liczący niegdyś 80 osób zespół jest w rozsypce, odkąd w 2001 r. znacznie ograniczono koszty jego utrzymania. - "Trzeba o wszystko toczyć wojnę, nawet o naprawę sprzętu. Oni zadawalają się tylko tym, żeby orkiestra grała na pogrzebach" - mówi Marek Seyfried, kapelmistrz nowohuckiej orkiestry. Dziś Mittal opłaca jedynie pomieszczenia, które orkiestra wynajmuje od pobliskiego Domu Kultury im. C. K. Norwida. Zdaniem Seyfrieda, gdy na początku lat 90. kombinat przekazywał miastu ten ośrodek, pomieszczenia orkiestry należało oddać jej w wieczystą dzierżawę. - "Ale wtedy Kraków musiałby zaangażować się finansowo w nasze utrzymanie, a na to nie można było liczyć niegdyś i dziś" - uważa Seyfried. Nowohuccy społecznicy często podkreślają, że ich miasto traktowane jest przez Kraków po macoszemu. W tej kwestii od ponad pięćdziesięciolecia nic się nie zmieniło.

Danuta Szymońska, dyrektor "Norwida" na nowohuckim osiedlu Górali, pamięta dobrze, że już w pierwszej połowie lat 80. stało się jasne, iż zapada się rozbudowana w ciągu trzydziestu lat Polski Ludowej nowohucka infrastruktura kulturalna. Huta im. Lenina zaczęła podupadać na przełomie lat 70. i 80., przyzakładowe domy kultury zmuszone były poszukiwać innych źródeł utrzymania, powstały Robotnicze Stowarzyszenie Twórców Kultury i Stowarzyszenie Ratowania Kultury w Nowej Hucie. Nowohucianie, zbuntowani wobec struktur władzy i jej instytucjonalnych przedstawicielstw, przywykli do myśli, że wszystko, co oficjalne jest obce, nieprzyjazne, zakłamane. - "Jako przedstawiciele placówek kulturalno-oświatowych mobilizowaliśmy mieszkańców do współudziału w życiu swojej społeczności, podkręcaliśmy ich aktywność, a w tym samym czasie rosła w ludziach frustracja. To między innymi dlatego do dziś mieszkańcy Nowej Huty o wiele chętniej biorą udział w imprezach organizowanych w kościołach niż w jakichkolwiek innych wydarzeniach kulturalnych" - uważa Szymońska.

Jak mówi dyrektorka "Norwida", po 1989 r. wielu nowohuckich społeczników poczuło się niepotrzebnych, gdy ze względów politycznych zakwestionowano sens ich działań w obrębie "postkomunistycznych" struktur - PTTK, ogródków działkowych, przyzakładowych ośrodków kultury. Wykpieni jako relikt przeszłości, niczym kaowiec z "Rejsu", nie chcąc za życia trafić do skansenu o nazwie "PRL", zrezygnowali z działalności publicznej, pozostawiając po sobie próżnię. Dla wielu nie było już pracy - nowohuckie ośrodki kulturalne padały w latach 80. i 90. jeden po drugim, gdy nikt już nie dbał o rolę "mecenasa" w świecie, w którym po dziesięcioleciach przywrócono do łask kapitał. Któżby w jego majestacie traktował serio abdykujący ze wstydem projekt państwa (nad)opiekuńczego?

Bruno Lajara, francuski reżyser, przedstawiciel teatru dokumentalnego, który w październiku zeszłego roku na krakowskim Intermedialnym Forum Teatru przedstawił spektakl "Co wydarzyło się w Nowej Hucie?", opowiadał zebranym widzom, jak trudno było mu zbierać materiały do przedstawienia. - "Nagrałem prawie wyłącznie kobiety, mężczyźni nie chcieli o niczym opowiadać, wycofali się, nie radzili sobie z emocjami" - mówił. Ludzie, którzy nie bali się walczyć o krzyż, którzy w latach 80. zjednoczeni protestem organizowali masowe pochody i demonstracje, bili zomowców i zbierali od nich cięgi, manifestowali na pogrzebie Bogdana Włosika, zabitego 13 października 1982 r. przez funkcjonariusza SB, uczestnicy brutalnie stłumionego przez milicję strajku roku 1988 - wszyscy oni dziś najbardziej cenią sobie anonimowość i milczenie...

Także dlatego, że zawiłej pamięci o przeszłości towarzyszy poczucie zawodu teraźniejszością. Maciej Miezian tłumaczy to następująco: - "Heroiczna, historyczna »Solidarność« kanalizowała wszystko co istnieje w życiu społecznym, od skrajnej lewicy do skrajnej prawicy. Po roku 1989 ludzi zaangażowanych w »S« przestały łączyć milicyjne pałki. Większość z tych, którzy teraz nie podają sobie ręki, wtedy siedziała w jednym komitecie strajkowym, dotyczy to tak Gdańska, Jastrzębia, jak i Nowej Huty. Gdy czasami przeglądam gazetki z lat 80., widzę tam ludzi wszystkich możliwych partii, od LPR do SLD. Na to trzeba nałożyć utopijny aspekt »S«, w którym łączono młodego Marksa, Lenina z czasów rewolucji październikowej i nauczanie Jana Pawła II. Ludzie walczyli o »socjalizm z ludzką twarzą«, bo był to jedyny ustrój, który znali i jako taki większości się podobał" - twierdzi Miezian.

Tymczasem, "socjalizm z ludzką twarzą" okazał się dla nowych demiurgów sceny politycznej konstrukcją mało interesującą i Nowa Huta doczekała się swojskiej odmiany kapitalizmu, z mnóstwem hipermarketów, kinami zamienionymi w sklepy i niemal kompletnym zastojem w przestrzeni publicznej. Tak, jakby zamrożono lata 80. z tym, co w nich było dla miasta kłopotem i dodano do tego plagi (i dobrodziejstwa) nowego porządku. Jak wynika z opracowanego na początku 2005 r. raportu Grodzkiego Urzędu Pracy w Krakowie, niemal jedna czwarta osób zgłoszonych tam jako bezrobotne to nowohucianie. Choć w Krakowie jest coraz więcej ofert pracy, najmniej z nich dotyczy blisko 250-tysięcznej Nowej Huty, w której oficjalne bezrobocie wynosi 32% i wciąż wykazuje tendencje wzrostowe. Także dlatego, że znaczna część zwolnień grupowych, jakie zdarzają się w Krakowie, dotyczy jej (niegdyś) robotniczej dzielnicy.

Maciej Twaróg wchodził w dorosłość na przełomie lat 80. i 90. Pamięta, jak trudno było zabawić się dłużej w Nowej Hucie, bo knajpę z najlepszą pizzą i piwem, "Kameleon" na osiedlu Szkolnym, zamykano o 22.00. Dlatego wieczorami młodzież "emigrowała" do Krakowa. Do dziś niewiele się pod tym względem zmieniło. W większości nowohuckich lokali dobrze się czują tylko miłośnicy PRL-owskich klimatów, mniej wybredni piwosze i agresywne wyrostki. Między nich wciśnięci mieszczą się nowohucianie, którzy chcieliby po prostu skoczyć z kumplem po pracy "na jednego", pogadać o życiu, spotkać znajomych. Zdaniem Twaroga, w Nowej Hucie wciąż brak bazy gastronomicznej, turystycznej, rozrywkowej, niemal jedynej w dzisiejszych realiach alternatywy dla bezrobocia. Tego typu infrastruktura mogłaby pomóc w ożywieniu przestrzeni publicznej Nowej Huty. Póki co, latem tego roku ruszyła przygotowana przez Towarzystwo Miłośników i Rozwoju Nowej Huty inicjatywa tożsamościowa "I LOVE NH! - kochaj, szanuj, nie niszcz". - "Chcemy połączyć wszystkie pokolenia w szacunku wobec tego miasta, wyrażającym się w najprostszych gestach, w elementarnym szacunku wobec żyjących wokół ludzi, dbaniu o czystość w miejscach publicznych" - mówi Twaróg.

- "Nowa Huta przespała lata 90., ale powoli budzi się ze snu" - uważa Danuta Szymońska. W kierowanym przez nią "Norwidzie" trwają prace nad projektem parku edukacyjnego dla dzieci i młodzieży w Parku Lotników. Zdaniem pomysłodawców, taka inicjatywa może pomóc oderwać młodych od nowohuckich hipermarketów. - "Nieco wcześniej udało nam się już stworzyć na Łąkach Nowohuckich użytek ekologiczny, co bardzo podniosło nowohucian na duchu. Ich bardzo razi stereotyp Nowej Huty jako blokowiska" - podkreśla Szymońska. - "Teraz, jako jedyna tego typu placówka w Polsce wygraliśmy konkurs EQUAL, dzięki któremu powstanie park edukacyjny" - dodaje nie bez dumy.

Równocześnie z projektem przygotowano raport na temat wizerunku i perspektyw życia w Nowej Hucie w opinii jej mieszkańców. Wśród pozytywów wymieniają dobrą infrastrukturę społeczną, zróżnicowane pochodzenie mieszkańców, dobrą komunikację miejską, wygodę i niższe koszty życia niż w Krakowie; jako szanse Nowej Huty upatrują przede wszystkim dużo zieleni i potencjalne atrakcje turystyczne, nie tylko te związane z socrealistyczną przeszłością, ale i znacznie dalszą, sięgającą śladów kultury celtyckiej na tym obszarze. Mówiąc o negatywach, nowohucianie podkreślają powszechną szarzyznę i zniszczenie, zastój i nudę oraz wszechobecny brud. Jako największe zagrożenie widzą postępujące wykluczenie - bezrobocie, przestępczość, brak miejsc służących podtrzymywaniu więzi społecznych. Znamienne, jak bardzo zaznacza się w Nowej Hucie konflikt pokoleń, ogniskujący się wokół postrzegania miasta. Podczas gdy młodzi zarzucają starszym nadmierny tradycjonalizm, przywiązanie do religii i wiejskiego pochodzenia, starzy nowohucianie mają żal do młodych, że źle mówią o swoim mieście i zaakceptowali jego negatywny, medialny stereotyp.

Lokalnym społecznikom zależy na przywróceniu Nowej Hucie wizerunku miasta nowoczesnego, zabiegającego jednak o szacunek dla własnej tożsamości. Miasta, w którym ożywiona przestrzeń publiczna służyłaby nie tylko zarabianiu pieniędzy, ale integrowaniu zatomizowanej społeczności. To dlatego w ubiegłym roku ruszył Nowohucki Maraton Filmowy, przegląd kinowego dorobku poświęconego temu miastu. Tegoroczny NMF zgromadził kilkutysięczną widownię i choć wśród widzów przeważali ludzie starsi, trudno było nie zauważyć zaciekawienia młodzieży, oglądającej kilkudziesięcioletnie filmy, dokumentujące historię miasta, o którym nie mają najlepszego zdania. - "Młodzi byli zafrapowani, starzy patrzyli z sentymentem. Choć przeszłość nie była dla nich najłatwiejsza, wtedy przeżywali młodość, mieli pracę, zakładali rodziny. Niektórzy na tych filmach rozpoznają samych siebie, przez to stają się uczestnikami historii. Ich dzieci i wnuki dzięki maratonowi mogą się przekonać, że historia ich rodziców i dziadków nie była sztampowa, podręcznikowa, przeciwnie, bardzo ciekawa" - mówi Jerzy Ridan, reżyser i współorganizator NMF.

- "Będziemy jak najczęściej organizować w alei Róż imprezy, które ożywią życie kulturalne i społeczne Nowej Huty. Żeby nowohucianie nie musieli gonić do centrum Krakowa za imprezami kulturalnymi" - deklaruje Maciej Twaróg. Równocześnie, w Nowohuckim Centrum Kultury Adam Gryczyński regularnie przygotowuje wystawy "ku pokrzepieniu serc". W maju tego roku wystawił nigdy do tej pory nie oglądane fotografie autorstwa Stanisława Sennisona, ukazujące początki miasta: lato i jesień 1949. W październiku przygotował wystawę pierwszych kolorowych zdjęć Nowej Huty z lat 50., wykonanych przez Wiktora Pentala, a na najbliższą wiosnę planuje wystawienie fotografii z lat 60. - "Bardzo zależy nam na tym, żeby rozprawić się wreszcie z negatywnym stereotypem Nowej Huty, postrzeganiem jej jako ponurego blokowiska pełnego mordobicia i narkotyków" - mówi Gryczyński. - "Polityka władz Krakowa nie jest nam zbyt przychylna, ale powoli coraz to nowi ludzie przekonują się do Nowej Huty. Tutaj przeniósł się niedawno Teatr Łaźnia Nowa, w którym późną wiosną odbył się jubileusz Sławomira Mrożka. On sam początkowo nie chciał się zgodzić na imprezę w Nowej Hucie, stwierdził, że źle mu się kojarzy, ale gdy przyjechał na rekonesans, spodobało mu się" - dodaje Maciej Miezian. - "Jeśli Nowa Huta nie może być samodzielna i swobodna, to z pewnością niebawem będzie lepszą częścią Krakowa" - deklaruje z przekonaniem Maciej Twaróg.


Krzysztof Wołodźko

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura