Przy okazji rocznicy śmierci Jana Pawła II na wspomnienia zebrało się nie tylko miejscowemu katotalibanowi ale także środowiskom lewicującym. Zaduma tych pierwszych nie dziwi ponieważ poglądy papieża Polaka były zbieżne z ich widzeniem świata. Przedstawicieli lewicy też można zrozumieć, bo dla nich Jan Paweł II to był głównie celebryta a oni tylko ludzi sławnych i medialnych darzą estymą. Była także trzecia grupa, uważająca siebie za syntezę ww. środowisk, czyli nieśmiertelni zwolennicy tzw. „Kościoła Otwartego” starający się jak zawsze przekonać wszystkich, że Karol Wojtyła grał w ich drużynie. I to właśnie im poświęcę swój wpis, bo sam jeszcze nie tak dawno głosiłem z pełnym przekonaniem banały o „konieczności zrozumienia drugiego człowieka”.
Czym ma być ten „Kościół Otwarty”? Ciężko na to pytanie odpowiedzieć, bo wszelkie manifesty głoszone na łamach Gazety Wyborczej lub Tygodnika Powszechnego napisane są poprawnie polityczną nowomową, z której jak widomo niewiele wynika. Jakieś ogólne pierdu pierdu o szacunku, dialogu i właśnie zrozumieniu z pominięciem kwestii religijnych, ewentualnie sprowadzonych do tez w rodzaju „Jezus kochał wszystkich ludzi”. I trudno się z tymi mądrościami nie zgodzić, tylko, że są one na poziomie etyki dla przedszkolaków i każdy kto nie jest socjopatą wie, że bliźniego trzeba szanować.
Ale oprócz konieczności szacunku dla innych, katolicy „otwarci” zdają się także twierdzić, że drugiego człowieka nie można oceniać, a to już jest klasyczne pomieszanie z poplątaniem w dodatku podszyte hipokryzją, bo ci sami wrażliwcy nie szczędzą ocen tym, których sami niespecjalnie lubią. Każda religia a także świeckie systemy etyczne powstały po to by głosić co jest dobre a co złe. Dlatego złodziejów i przestępców podatkowych skazujemy na więzienie, bo to co robią uznaliśmy za zło. Złe jest także m.in. obrażanie innych ludzi i mówienie o nich nieprawdy, co przecież jest dosyć dosłownym odwołaniem do jednego ze starotestamentowych przykazań jednak większość świeckich systemów prawnych zaszczepiła tą zasadę na swoim gruncie, oceniając, że kłamcy i oszczercy to ludzie źli.
Jednak nie tylko krzywdziciele są napiętnowani przez prawo (boskie i świeckie) ale także zbereźnicy, bo za uprawianie miłości w miejscu publicznym także grozi wyrok a przecież co to kogo obchodzi, że dwoje dorosłych ludzi chce się bzykać w tramwaju? Obchodzi ponieważ czyn ten jest zaklasyfikowany jako gorszący a człowiek zgorszony gorzej wykonuje obowiązki wynikające z jego roli społecznej. Skoro więc ocenianie jest nieodłączną częścią codziennego porządku a bez jasnego podziału na dobro i zło oraz dopuszczane i niedopuszczalne pogubilibyśmy się w świecie draństw i dewiacji, dlaczego katolicy „otwarci” w ogóle podnoszą kwestie oceny zachowań innych w dodatku przedstawiając ją jako coś (sic!) złego?
Chodzi tutaj po prostu o zagadanie tematu. Wiadomo, że stanowisko Kościoła wobec pewnych kwestii jest nie do pogodzenia z wartościami lewicowymi więc skoro już nie można, jak za komuny, topić księży w rzekach, to trzeba sprowadzić katolicyzm do swojego poziomu, co jest równoznaczne z majaczeniami w oparach absurdu. Kościół się nie daje więc ataki na niego są coraz ostrzejsze a co za tym idzie bardziej absurdalne.
Czemu właściwie Kościół miałby zmieniać swoje podejście do takich kwestii jak in-vitro, aborcja, czy antykoncepcja skoro najważniejszą wartością jaką głosi jest szacunek dla ludzkiego życia (liczonego od zapłodnienia komórki jajowej)? Bo nie można oceniać skrobanek? Otóż można je oceniać tak samo jak wszystkie inne ludzkie działania i ta ocena w przypadku Kościoła katolickiego jest druzgocąca. Czy Kościół ma uznać niszczenie ludzkiego życia, co jest w mniemaniu hierarchów kościelnych wypadkową in-vitro za dopuszczalne, bo to poprawi samopoczucie bezdzietnych par? Chrześcijanie zawsze stali po stronie słabszych a czy jest ktoś bardziej bezradny od ludzkiego płodu?
Religie nie powstały po to by mówić każdemu, że jest miły i sympatyczny a wszystko co robi jest w pewnym sensie fajne i spoko ale by być dla ludzi drogowskazem, który pozwoli im wybierać dobro zamiast zła. Katolicy „otwarci” odstawiają więc zwykłą dziecinadę starając się nakłonić tą instytucje do zmian w myśl własnych fanaberii. Przygnębiające jest to, że wykorzystują przy tym osobę Jana Pawła II, który owszem był osobą bardzo otwartą jednak wystarczy nawet pobieżna lektura jego encyklik aby mieć pewność, że pod postulatami „Kościoła Otwartego” nigdy by się nie podpisał.
Inne tematy w dziale Społeczeństwo