z odmętów szaleństwa :-)
Kwestionowanie uczciwości wyborów to odmęty szaleństwa. /Bronisław Komorowski/
62 obserwujących
371 notek
675k odsłon
2360 odsłon

Już po wyborach? No to zaczynamy kampanię /analiza/

Wykop Skomentuj186

Wystarczy oglądać "całą prawdę całą dobę", żeby się dowiedzieć, że już się nieformalnie zaczęła. Chodzi rzecz jasna o kampanię prezydencką i wybory prezydenckie 2020. Jazgot już się zaczyna , bo "totalniacy" ... wróć - cały antypis poczuł krew i doskonale zdaje sobie sprawę ze stawki tych wyborów. Jest się o co bić, bo jeżeli te wybory były "najważniejsze od 1989 r",  to wobec zaprzepaszczenia przez PiS ( albo ich wyborców) szansy na przytłaczającą większość w Sejmie ( przynajmniej umożliwiającą odrzucenie prezydenckiego weta) i remisu w Senacie, to nadchodzące wybory prezydenckie nabierają jeszcze większej wagi, niż te już zakończone. Istna "bitwa bękartów" - jeżeli ktoś oglądał "Grę o Tron".


Opozycja wie już, że wybory prezydenckie to "ostatnia nadzieja białych" , czyli powrót do tego, żeby było tak jak było. Jeżeli lokatorem Pałacu Prezydenckiego nadal będzie człowiek nominowany przez PiS, to "pisowskie" reformy naprawy państwa będą praktycznie nieodwracalne, a PiS będzie sprawować rządy długie lata. Po drugiej stronie rzeki również jest świadomość, iż porażka oznacza zablokowanie reform i w najlepszym przypadku trzyletnie administrowanie państwem - w najgorszym podjęcie ryzyka przedterminowych wyborów parlamentarnych i być może całkowitą utratę władzy. Widać zatem, że maju 2020 obie strony muszą zagrać va banque - bierze się wszystko, albo nic.


Taka jest konsekwencja nie do końca udanych ( chociaż zwycięskich) dla PiS wyborów 2019. Gdyby partia Jarosława Kaczyńskiego posiadała większość zdolną do odrzucenia prezydenckiego weta, ( nie mówiąc już o większości konstytucyjnej) wybory prezydenckie można by potraktować wyłącznie prestiżowo i nie specjalnie przejmować się kim będzie następny "strażnik żyrandola". Ale tej większości nie ma i utrzymanie w Pałacu Prezydenckim "swojego" człowieka staje się absolutnie kluczowe -  nawet w kontekście dalszego istnienia partii. Przegrana sprawi, że cztery lata rządów PiS co najwyżej zapisze się tylko w podręcznikach historii. Prawo i Sprawiedliwość nie posiada bowiem zdolności i wystarczającej siły, żeby walczyć na trzech przynajmniej frontach: antypisowskiego Senatu, antypisowskiego prezydenta i antypisowskiej opozycji w Sejmie. Żeby zabrzmiało to jeszcze gorzej, nie da się pominąć kasty sędziowskiej i "zaprzyjaźnionego" z kastą unijnego TSUE & Company. Krótko pisząc: siła złego na jednego. Wynik łatwy do przewidzenia.


Zajmijmy się oceną szans w jedną i  drugą stronę, oraz  przyjrzyjmy się aktualnej scenie politycznej pod kątem wyborów prezydenckich. Zacznijmy od Prawa i Sprawiedliwości.


PiS nie ma już innej opcji niż bardzo mocne poparcie dla Andrzeja Dudy. Jest to konsekwencja nowego układu parlamentarnego i rozkładu sił. Każdy inny kandydat, nawet gdyby był dziesięć razy lepszy od Dudy, oznaczałby oddanie sporego handicapu startowego, wynoszącego cirka okolo 60 procent poparcia. Nikt przy zdrowych zmysłach takiej zaliczki za darmo nie odda. Poza tym jakakolwiek, nawet niewinna sugestia o innym kandydacie byłaby wysłaniem  komunikatu, że z Dudą coś jest nie "teges". Innymi słowy byłby to klasyczny strzał w stopę i w kolano, czyli praktycznie wyborcza kapitulacja. Napiszę więcej : cały PiS MUSI stanąć murem za obecnym prezydentem i zaopatrzyć go we wszystko, co będzie mu potrzebne do wygrania drugiej kadencji. By zapewnić reelekcję obecnego prezydenta, PiS będzie musiał uruchomić całą machinę państwa, w tym zmodyfikowany aparat medialny. Koniec i kropka, nie ma innego tematu. Tym samym wciąż  najbardziej realnym scenariuszem jest zwycięstwo Dudy, ale... nie jest tak pewne jak było jeszcze do niedzieli.


Opozycja rozumiana jako jeden blok przeciwny PiS, uważa, że ma szanse wygrać wybory prezydenckie, bo więcej Polaków zagłosowało na opozycję. Oczywiście jest to rozumowanie zupełnie błędne - wręcz o baśniowym zabarwieniu. Zwykle tak właśnie jest i nie licząc systemów totalitarnych, w każdych wyborach demokratycznych partia zwycięska procentowo ulega całej reszcie rozumianej jako blok. Osobiście nie wierzę w to, by opozycja ustaliła wspólnego kandydata na prezydenta. Na przeszkodzie stoją ambicje trzech głównych sił politycznych, które będą chciały umocnić swoją pozycję. Ale załóżmy, że się uda - kto w takim razie mógłby być wspólnym kandydatem? Na pewno ktoś, kto byłby zdolny pogodzić stonowaną antypisowską retorykę -  czego oczekują  wyborcy centrowi - z tym, by nie zrazić do siebie elektoratu licznych "lemingradów" i wyznawców religii TVN,  które oczekują dorżnięcia pisowskiej watahy. Czy ktoś taki w ogóle istnieje? Wątpię, chyba, że opozycja wyciągnie kogoś z drugiego szeregu, dokładnie tak, jak PiS uczyniło z Dudą w 2015 r. W grę wchodziłby ewentualnie Tusk, ale on wchodzi tylko w pewne interesy i raczej nie zaryzykuje ewentualnego upokorzenia. Kimś takim nie jest ani Kidawa-Błońska, ani Kosiniak-Kamysz,  a na horyzoncie absolutnie nie widać polskiego Macrona, którego opozycja "kupiłaby" w ciemno. Chyba, że takowy zostanie wykreowany.

Wykop Skomentuj186
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Polityka