Śmiech mnie pusty ogarnia, kiedy czytam kolejnych publicystów i polityków wypowiadających swoje „za” lub „przeciw” w sprawie aborcji w Polsce. Ustawa antyaborcyjna, która jest uważana za „wielki polityczny kompromis” ówczesnego prezydenta Kwaśniewskiego, w rzeczywistości była zwykłym politycznym geszeftem pomiędzy nim a Kościołem, a ceną była bierna akceptacja dla naszych starań o wejście do Unii Europejskiej. Niewiele to wszystko miało wspólnego z wartościami, etyką i religią, przyznajmy to sobie uczciwie.
Tym bardziej to wszystko jest zabawne, że pomimo funkcjonowania ustawy zakazującej przerywania ciąży (z czego cieszą się w większości politycy – dodajmy – i z lewa, i z prawa), nikt nie przyzna, że Polki zabiegów przerywania nie dokonują. Ustawa jest fikcją nie tylko dlatego, że podziemie aborcyjne kwitnie, ale przede wszystkim dlatego, że w sytuacji otwartych granic, każda życząca sobie tego pani może wsiąść w pociąg do czeskiej Pragi, wykonać zabieg i pewnie jeszcze tego samego dnia wrócić do domu. Po co nam w takim razie prawo, które jest kompletnie bezużyteczne i martwe. Po co nam te pieniądze wydawane na egzekwowanie przepisów, których wyegzekwować się nie da?


Komentarze
Pokaż komentarze (4)